www.webd.pl
     

 
 

Chorwacja 2001

by Ips McKornix

"Ku przestrodze poczytajcie lecz do końca nie ufajcie" czyli co się może zdarzyć gdy spotka się dwóch nie do końca zrównoważonych osobników, którzy mają zbyt dużo wolnego czasu.

Dziennik pokładowy z dni 15.07.2001 - 28.07.2001 written by Ips McKornix tudzież okraszony uwagami i spostrzeżeniami by Lord Bryan (tekst pisany kursywą).


Przygotowania

No i stało się. Pewnego lipcowego poranka siedząc nad procochłonnym projektem zaliczeniowym z Metod Obliczeniowych Fizyki wyrwany zostałem z błogiego zamyślenia nad problemami współczesnej fizyki kwantowej. Okazało się, iż zastukał do mnie na ICQ niejaki Lord Bryan prywatnie mój serdeczny przyjaciel i ogłosił tę hiobową wieść iż dostał urlop. A więc jednak. Więc to nieuniknione. Przerażenie z podnieceniem mieszały mi się w głowie gdyż oznaczać to mogło tylko jedno - jedziemy do Chorwacji!

Bardzo szybko ustaliliśmy plan podróży - jedziemy w ciemno, nie wiadomo którędy, nie wiadomo jak. Po prostu jedziemy. Celem podróży okazała się być wyspa Iż. Dlaczego? To się okaże dalej. Zaopatrzywszy się w tony wydrukowanych stron internetowych poświęconych temu krajowi i przepytawszy znajomych, którzy mieli już tą przyjemność wylegiwać się na gorących plażach Adriatyku popijając rakiję, ustaliliśmy (po długich kłótniach) iż wyruszamy w niedzielę 15 lipca skoro świt (czyli około południa). Jak ustaliliśmy tak zrobiliśmy. Jako, że nasze miejsca zamieszkania różni około 70 km z przewagą dla Bryana ja musiałem wstać wcześniej. Niewdzięczność tą rekompensowałem sobie piwkiem, które dla uspokojenia podniecenia popijałem przez całą drogę z Nowej Sarzyny do Rzeszowa. Jadąc dalej pociągiem PKP dotarłem do stacji o wdzięcznej nazwie Babica Kolonia gdzie nerwowo zacząłem wyglądać za współtowarzyszem podróży. Oczywiście nie zawiodłem się i gdy zobaczyłem roześmianą twarz Bryana wiedziałem że dokonywać będziemy rzeczy wielkich na przemian z czynami bohaterskimi. Tak więc w istocie właściwa podróż zaczęła się od tego momentu.

Pociąg jedzie, my pijemy piwko, obok siedzi młodzież jadąca na wypoczynek w Bieszczady robiąc przy okazji niemiłosierny zamęt - po prostu sielanka. "Carpe Diem!" zawołałby jakiś poliglota. Sielanka ta kończy się w miejscowości Targowiska gdzie opuścić musimy przytulny wagon i przygotować sie psychicznie na dalszą jazdę stopem. W zasadzie nie było się do czego przygotowywać gdyż każdy z nas ma już na koncie tysiące kilometrów zrobione stopem po niemal całej Europie. Niemniej jednak wychodzimy na stopa. Pogoda piękna, ciepło, słonecznie, od czasu do czasu po niebie przesunie się smętnie jakaś dekoracyjna chmurka. Stopa łapiemy bardzo szybko i dojeżdżamy nim do samego przejścia granicznego w Barwinku.

Na południe

Zanim przekroczymy granicę naszej ukochanej Polski musimy wymienić naszą - również ukochaną - walutę na jakąś inną, z którą można bez zażenowania pokazywać się w świecie. Wybór pada oczywiście na US Dollars. Jest z tym trochę zamieszania, gdyż kantor stoi w takim osobliwym miejscu, iż by do niego dojść trzeba pokazać swój paszport polskim celnikom. Oczywiście my nie zdając sobie z tego sprawy idziemy prosto przed siebie nie zawracając sobie głowy takimi bzdurami. Niestety wyhacza nas celnik i wymownie pokazując palcem woła do siebie. Następnie pada kilka pytań zadanych tonem i formą typową dla wiejskich cwaniaczków. Nie zraża nas to zbytnio i gdy przychodzi czas na pytanie dokąd zmierzamy Bryan głosem radosnym niczym wczesnowiosenny skowronek odpowiada "Na Południe!!!!!". dokładnie to wyglądało tak: Celnik: Zaraz, zaraz, a panowie to ("kurwa" w domyśle) dokąd??? Lord Bryan: Na południe!!!

Leto je leto

Granice przekraczamy bardzo sprawnie w przeciwieństwie do długiej kolejki samochodów, która niestety nie rokuje dobrze w kontekście łapanie stopa. Nas jest dwóch, mamy plecaki a ci wszyscy, którzy przekraczają granicę w swych autach mają po piątce dzieci i teściowe. Cóż - nie ma się czym łamać tylko jechać dalej. Pierwszego stopa łapiemy po jakiejś godzince i jedziemy nim do pierwszej wiochy po stronie Słowackiej. Jest to Niżny Komarnik jakby kogoś to interesowało. Na szczęście jest tam przystanek autobusowy, skąd dojechać możemy do Svidnika. Oczekiwanie na autobus umila nam poznany tamże Słowak, który opowiada nam różne dziwne i niestworzone historie. Daje nam też kilka przydatnych wskazówek jak się poruszać po Słowacji.

Ips - cholernie dziś gorąco...
Bryan - spokojnie....gorzej by było gdyby padało....
Ips - w zasadzie masz rację....
Bryan - będzie chyba ze 35 stopni.....
Ips - no...chyba będzie.....

"Leto je leto" kwituje Słowak zdradzając tym niechybnie głęboki zmysł filozoficzny, po czym przyjeżdża autobus i jedziemy dalej.


Następna strona

Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański