www.webd.pl
     

 
 


Słowacja

W Svidniku obowiązkowo wypijamy browar i w pośpiechu gonimy do autobusu do Presova. Szkoda tylko, że zostawiliśmy całą ramkę fajek na stoliku na dworcu... Podróż do Presova trwa ponad godzinę i dojeżdżamy już o zmroku. Presov jak to Presov - nic specjalnego. Miasto typowo przemysłowe, w zasadzie bez ciekawych miejsc. Chcemy się jeszcze tego dnia dostać do Koszyc, lecz pociągi na Słowacji kursują w bardzo dziwnych porach i raczej wolimy nadrobić brak snu niż czekać do 5 rano. Zanim jednak idziemy spać, najemy się i napijemy porządnie w dworcowym barze. Będąc po raz któryś na Słowacji stwierdzam iż można ten kraj nazwać sklepem wolnocłowym na granicy polsko - węgierskiej. Tanio jak barszcz, w zasadzie wszystko dużo tańsze niż u nas. Można używać do woli. Na nocleg wybraliśmy jakąś kępę trawy nieopodal stacji kolejowej. Nie powiem, abym się specjalnie wyspał w tym miejscu. Gorąco, komary, sterty kamieni pod plecami a ja nie miałem nawet karimaty. Ale cóż - sypiałem już w nie takich miejscach i jakoś sobie poradziłem. osobiście nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek spał w gorszym miejscu. nocleg w Presov'ie był po prostu beznadziejny. ale (w tym miejscu uprzedzę nieco fakty) byla to nasza najgorsza baza noclegowa; potem było już tylko lepiej.

Rano wstajemy dość wcześnie bo plan mamy ambitny - wieczorem wypić węgierskie winko na Vaci w Budapeszcie. Poranna higiena ograniczona do minimum, kawa, fajka na rozruch, potem jeszcze jedna fajka.....idziemy na stopa. Łapiemy go stosunkowo szybko i po niecałej godzinie jesteśmy w Koszycach. Chciałem pokazać Bryanowi staróweczkę w tym mieście gdyż jest przepiękna (szczególnie gotycka katedra i fontanna lejąca wodę w rytm muzyki) jednak korzystamy z tego, iż koleś może wywieźć nas na wylotówkę w kierunku granicy węgierskiej. Upał coraz bardziej daje się nam we znaki, jednak atmosfera jaka panuje pozwala o wszystkim zapomnieć. Również o tym, że nikt nie ma najmniejszej ochoty zatrzymać się. Przechodzimy po jakimś czasie do najbliższej wioski by zasmakować miejscowych wyrobów browarniczych i wsiąkamy na dobre. Nie chodzi o to żebyśmy się jakoś specjalnie upili, ale te ceny i smak słowackich piw są takie kuszące...warto w tym miejscu zauważyć, iż takie zachowania w naturalny sposób stały sie tradycją, którą pielęgnowaliśmy przez całą wyprawę: gdy zbyt długo czekaliśmy na stopa, zarzucaliśmy plecaki na ramię i maszerowiliśmy przed siebie do pierwszego napotkanego baru - a tam jedzonko, paczka fajek i piwo. metoda sprawdzona - niezwykle podnosi morale.

Niemniej jednak w pewnym momencie decydujemy się na szybkie złapanie stopa. Wychodzimy za wioskę i co? I nic. Stoimy tak jak staliśmy. Wizja winka w Budapeszcie jakoś coraz bardziej się oddala. Stoimy coraz bardziej zrezygnowani i nagle jest! Podjeżdżamy tylko 10 km ale do granicy już tylko 8. Chyba szczęście zaczyna się do nas uśmiechać bo za chwilkę jesteśmy już na granicy. Z racji tego że szybko poszło pozwalamy sobie na kolejne browary plus jakąś przekąskę i wyruszamy do celników.

nem tudom Magyar

Przekraczamy granicę węgierską. W tym momencie kończą się nasze możliwości na jakikolwiek kontakt werbalny z miejscową ludnością. Zaczyna się niezła jazda. Dogadać się tam z kimkolwiek w jakimkolwiek języku europejskim jest po prostu niemożliwością. Ale o tym będzie dalej dokładnie.
Pierwsze co nas straszliwie zaskoczyło w Republice Węgierskiej to upał. To było coś niesamowitego. Wystarczyło przekroczyć granicę, a temperatura wzrosła momentalnie o jakieś 5 - 7 stopni. To było za dużo jak dla nas. Tym bardziej, że byliśmy wypili po parę piw. Na złapanie stopa też za bardzo nie ma szans więc uderzamy do najbliższej wioski - Hidasnemeti. Tutaj mamy zamiar coś zjeść, kupić wodę mineralną, papierosy itp. podobne artykuły pierwszej potrzeby. Mamy szczęście - trafiamy na jakiś dyskont spożywczy gdzie kupujemy to wszystko za grosze. Upał staje się coraz większy. Decydujemy się na odpoczynek w cieniu. Nagle zauważamy jakąś pompę stojącą nieopodal ulicy. Okazuje się, że jest w niej woda. I do tego zimna! Ludzie kochani - dawno nie przeżyłem takiej rozkoszy jak wtedy! Wlazłem prawie cały pod wodę, następnie uczynił to Bryan, a miejscowi mieli niezły ubaw jak nas widzieli.

Dowiedziawszy się, iż 4 km dalej jest stacja kolejowa postanawiamy do Budapesztu (o ile się da) dojechać pociągiem. Idąc do stacji dokonaliśmy aneksji Hidasnemeti ale niestety nie pamiętam szczegółów :). Na stacji, która wyglądała niewspółmiernie okazale do całej wioski okazało się, że na pociąg do Budapesztu musimy czekać około 1,5 godziny. Dobre i to bo następny był za 12 godzin. Czas oczekiwania spędzamy - Bryan na drzemce pod drzewkiem, a ja na drobnym rekonesansie po okolicy. W zasadzie miejsce było bardzo sympatyczne,a ludzie choć to zapadła wieś bardzo mili i pozytywnie nastawieni. Jednak coś jest w powiedzonku "Polak, Węgier dwa bratanki", ale o tym napiszę za chwilę :).

W ostatniej chwili udaje nam się zaopatrzyć w miejscowe browarki na ponad trzygodzinną podróż. Potem już tylko pociąg i jedziemy. W pociągu zdarzają się dwie godne odnotowania rzeczy. Po pierwsze po chwili kończą się fajki (brrrr....), po drugie dochodzi do brzemiennej w skutki kłótni. Otóż w żaden sposób nie możemy dojść do porozumienia na którym cmentarzu w Paryżu leży Jim Morrison. W celu wyjaśnienia problemu Bryan wysyła do paru osób w Polsce sms z prośbą o szybką odpowiedź. Odpowiedzi przychodzą szybko i niestety wszystkie są na moją niekorzyść co oznacza, że w Budapeszcie stawiam miejscową wódkę. Pamiętajcie kochani - Jim leży na Pere - la Chaise! Do Budapesztu dojeżdżamy około 22. Jako że obaj jesteśmy bardzo głodni postanawiamy coś z tym fantem zrobić. W tym momencie zaczyna się oberwanie chmury. Dawno już nie wiedziałem takiego deszczu! W ciągu paru minut zalało całe miasto. Trochę niefortunnie skoro chcemy spać pod chmurką... Jednak jak zwykle nie poddajemy się. Po posiłku w - tak wiem że nie powinienem - McDonaldzie gorączkowo zastanawiamy się gdzie będziemy spać, a zmęczeni jesteśmy cholernie.
tu chciałbym oficjalnie podziękować Danielowi Trawce, niekwestionowanemu autorytetowi w sprawach topografii knajp budapeszteńskich i notabene naszemu przyjacielowi, za wsparcie, którego udzielał nam przez komórke: sms do Trawki: "Trawka, skoncentruj sie. Potrzebujemy pomocy. Jesteśmy w okolicy Keleti, leje jak cholera! Gdzie jest jakaś knajpa w pobliżu?" sms od trawki: "idzcie do McDonalda, frajerzy he, he". nie muszę chyba dodawać, że właśnie siedzieliśmy w Mc Donaldzie.

Biorąc pod uwagę paranoiczną fobię Bryana co do spania na stacjach, upada mój pomysł nocowania na dworcu Keleti. W związku z tym wybór wydaje się być jeden - wyspa Małgorzaty. Ale przecież padało i ciągle kropi, ja nie mam karimaty, a o nerki trzeba dbać! Cóż - ukradliśmy menelom dworcowym kartony i idziemy na wyspę. W zasadzie nie jest to daleko, a po drodze idzie się przez piękny Oktogon więc specjalnie nawet nie marudzę choć jestem mocno zmęczony i przez to mam tendencję do dramatyzowania. eeee, no nie było aż tak źle :))


Poprzednia strona Następna strona


Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański