www.webd.pl
     

 
 

Hiszpania 2000

by Tomasz 'Tomczak' Marek

Zdjęcia w bliżej nieokreślonej przyszłości z powodu braku skanera


Przygotowania

Po ubiegłorocznym wypadzie do Włoch i wysłuchaniu wielu miłych historyjek na temat piękna wybrzeża Costa Brava postanowiłem odwiedzić Hiszpanię. Formą podróży znów okazał się autostop. W związku z tym, że ludzie z ubiegłorocznego wyjazdu nie chcieli lub nie mogli się udać w tę podróż, wykombinowałem nową grupę. Podzieleni w dwie pary ruszyliśmy w trasę. Trasa była bardzo podobna do tej ubiegłorocznej, znów zdecydowaliśmy się jechać przez Czechy, Austrię, Włochy, Francję. Z wielu powodów termin wyjazdu przesuwał się przez cały Lipiec. W końcu zdecydowaliśmy się wyjechać w niedzielę 6 VIII 2000 roku. Ja tego dnia akurat wróciłem z Świnoujścia. Wszedłem do domu wywaliłem graty z plecaka, zapakowałem nowe, zjadłem obiad i po dwóch godzinach poszedłem na spotkanie do kumpeli, gdzie na mnie czekała czteroosobowa grupa, z czego jedną osobę widziałem pierwszy raz w życiu. Jako, że był to ich pierwszy tak długi wyjazd autostopem (mój w sumie drugi) nie obyło się bez opowiadania zeszłorocznych historyjek.

Dzień 1 - Niedziela 6 VIII 2000

Jest 14.00. Siedzimy u Marleny. Ona - moja współtowarzyszka podróży, ja Magda i Filip. Trwają ostatnie przygotowania, sprawdzanie bagaży, paszportów, portfeli. Podobnie jak w roku ubiegłym o 15.41 wyjechaliśmy z Katowic do Bielska. Około 17.15 byliśmy już na miejscu. Mnie zaczęło ogarniać zmęczenie po nieprzespanej nocy. Pociąg do Cieszyna jest wręcz pusty. Na miejscu udaliśmy się na rynek po polskiej stronie miasta. Dla mnie miejsce to zrobiło ogromne wrażenie. Malownicze, miłe i przytulne. Ale trzeba było iść na pociąg po czeskiej stronie. W czasie pieszej wędrówki, nasza kochana policja (ukłony dla panów i pań stróżów prawa) wdupili mi mandat w wysokości 50 zl, za to, że szedłem po ulicy, 30 cm od chodnika po pustej ulicy. Widocznie gliny w Cieszynie nie mają co robić... mandat miałem zapłacić w przeciągu 7 dni, a że akurat wybierałem się na wycieczkę w okolice Barcelony....O 23.30 jedziemy już pociągiem, z trudem znajdujemy wolny przedział. Dojeżdżamy do Prerova, znów mamy czas na następny pociąg. Ja kładę się spać...

Dzień 2 - Poniedziałek 7 VIII 2000

3.38, wsiadamy do Chopina - pociągu z Krakowa (sic!) od razu w nim zasnęliśmy. Na szczęście udało nam się w porę obudzić. Tym razem nie decydujemy się przekraczać granicy. Wysiadamy w Breclavie, tam wsiadamy w tramwajo-pociag i jedziemy do Mikulowa na przejście graniczne. Gdy dochodzimy do granicy rozdzielamy się i podchodzimy do każdego Tir`a stojącego w kolejce na odprawę. Nam udało się znaleźć Polaka, który zgodził się nas zabrać do Graz`u. Zgodnie z jego życzeniem przekroczyliśmy granicę i po pół godzinie czekania wsiedliśmy do tego wielkiego kolosa pełnego mrożonych truskawek. Niezły ubaw z nas miał austriacki celnik sprawdzający nasze paszporty, gdy mu powiedzieliśmy, że autostopem chcemy dojechać do Hiszpanii, zwołał nawet znajomych by im pokazać szaleńców z Polski. Czekając na naszego kierowcy spostrzegliśmy naszych współtowarzyszy wsiadających do Renault Megane. Tak więc rozpoczęła się największa zabawa - podróż autostopem. Jako, że przemierzałem już tę trasę i jako tako ją znałem, wiedziałem na co mam uważać. Ale i tak niewiele mi to dało.
Jako, że nasz kierowca musiał odwiedzić urząd celny w centrum Wiednia mieliśmy okazję pooglądać austriacką stolicę z okien samochodu. A, że nasz kierowca nie umiał owego urzędu znaleźć jeździliśmy sobie w kółko po mieście. W końcu gościu zjechał w ulicę ze strzałką GRAZ, już po kilkunastu minutach byliśmy na autostradzie. W końcu zjechaliśmy na stację benzynową, kierowca musiał zawrócić do Wiednia. Natomiast my podziękowaliśmy grzecznie za pomoc i udaliśmy się na miejsce, gdzie mogliśmy spotkać kogoś kto podwiezie nas w naszym kierunku. Dość szybko zabraliśmy się z jednym Turkiem, który sypał swoim Seat`em po autostradzie ile tylko mógł. W dodatku wysadził nas na zjeździe a nie na stacji. Tam na szczęście udało nam się spotkać dość szybko osoby, która nas zabrały dalej. Była to hiszpańska para, ale niestety nie wracali do swoje ojczyzny, a szkoda. Wysadzili nas na stacji benzynowej tuż przed Klagenfurtem, tam siedzieliśmy prawie 3 godziny. Spotkaliśmy tam pewną parę z Katowic, ale dość szybko zniknęli (jak to przez przypadek czytają niech dają znać!!!). Już drugi rok pod rząd utknąłem mniej więcej w tym samym miejscu. W końcu Marlenie udaje się przekonać dwóch Włochów by nas z sobą zabrali. Ale oboje znali tylko swój ojczysty język, troszkę ciężko było się z nimi dogadać, ale okazali się bardzo mili, częstując nas wszystkim co z sobą mieli. Wysadzili nas na stacji tuż za Weroną, w kierunku Mediolanu. Byliśmy bardzo szczęśliwi, że udało nam się dojechać tak daleko jednego dnia. Była 20.30, ja już ledwo się na nogach trzymałem. Marlena chciała jechać jeszcze dalej, tak jej się stop spodobał. Ale ja chciałem spać. Umyliśmy się i postanowiliśmy tu przekimać. Rozbiliśmy szybko namiot, ja zasnąłem od razu a Marlenie podekscytowanie nie pozwalało zasnąć

Dzień 3 - Wtorek 8 VIII 2000

Wstaliśmy o 5.30. Szybkie zwinięcie namiotu, szybkie mycie i znów machamy. Dorwaliśmy dwóch Włochów, każdy jechał swoim samochodem i każdy zabrał jedną osobę. Oboje byli niezłymi jajcarzami, ciągle ścigali się po autostradzie, co chwilę się zatrzymywali, kupowali żarcie i napoje, my się co chwilę przesiadaliśmy. Ot sielanka, która trwała nie za długo. Oboje jechali na Sardynię, gdyby nie fakt, że mieliśmy się spotkać ze znajomymi w Hiszpanii nie omieszkalibyśmy zrezygnować z zwiedzenia tej wyspy. Faktem pozostaje, że zamiast wysadzić nas na jakiejś stacji benzynowej zawieźli nas do Genui i wysadzili na jednym z Peage`ow. Tuż za bramkami droga z miasta się rozdwajała, nie było tam żadnych drogowskazów. My nawet nie wiedzieliśmy, czy mamy wybrać jedną z tych dwóch dróg, czy wjechać do miasta i wyjechać z niego w całkiem innym kierunku. Na szczęście policjanci udzielili nam wyczerpującej odpowiedzi. Ale musieliśmy pokonać około 10 pasów, by się przedostać na drugą stronę. Troszkę nerwów, ale się udało. Droga miała około 300m, potem były dwa tunele. Na szczęście po 20 minutach zatrzymała się obok nas ogromna ciężarówka i miły, starszy Włoch zaprosił nas do środka i zaoferował swoją pomoc. Jechał do Turynu, ale zabrał nas z powrotem na autostradę i w dodatku przez CB starał się znaleźć nam kogoś kto podwiózłby nas dalej. W końcu małymi kroczkami lądujemy na ostatniej stacji po włoskiej stronie granicy w tuż za San Remo. Tam już było mało ciekawie, ponieważ stacja była po prostu na zakręcie. Wokół niej były tylko skały. W dodatku nikt nie chciał zabierać autostopowiczów. Co prawda zatrzymało się paru Francuzów, ale nasz brak znajomości tego języka nie pozwalał nam na dogadanie się. W końcu zatrzymał się obok nas młody Włoch i spytał gdzie chcemy jechać. My rzuciliśmy "Nicea" i już jechaliśmy dalej. Jako, że była już prawie 20 a spać na tej stacji za bardzo się nie dało byliśmy bardzo szczęśliwi. A już całkiem sikaliśmy z radości jak się okazało, że gościu jedzie do Barcelony. Bez żadnych przeszkód zabrał nas do Hiszpanii. Tak więc całą Francję widzieliśmy nocą i tylko z autostrady.


Następna strona

Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański