| |
Hiszpania 2000
Dzień 4 - Środa 9 VIII 2000
Około północy przekroczyliśmy granicę. A nasz kierowca zaproponował nam podwiezienie do naszego punktu docelowego Lloret de Mar. Do miasta wjechaliśmy o 2 w nocy. I od razu szok! Miasto wygląda jak Las Vegas, masa szyldów i kolorowych neonów. Na ulicach mnóstwo ludzi, najczęściej pijanych, wszędzie walają się śmieci, puste puszki i butelki po piwie. Jako, że niewiele wiedzieliśmy o tej mieścinie udaliśmy się na plażę w celu spędzenia reszty nocy. Oczywiście na plaży było nie mniej ludzi niż na ulicach. Więc musieliśmy tę noc po prostu przeczekać. Ledwo się rozłożyliśmy od razu podeszło do nas dwóch Marokańczyków i spytało, czy nie potrzebujemy czegoś do palenia. W dodatku bardzo wpadła im w oko moja towarzyszka podróży i postanowili za wszelką cenę poznać ją lepiej. Chwilę posiedzieliśmy, pogadaliśmy, poznaliśmy inną kulturę. I tak dotrwaliśmy do 6.30. w końcu udaliśmy pod Mc Donald`sa, gdzie umówiliśmy się, że będziemy czekać na druga parę. 2,5 godziny marszu i znajdujemy go, otwierają o 11. więc przechodzimy na drugą stronę ulicy, rozkładamy się w krzakach i zasypiamy. Oczywiście w planach mieliśmy nocleg na plaży ale jak się okazało moja współtowarzyszka chcąc korzystać z uroków dyskotek, postanowiła, że musi mieć gdzie zostawić bagaże i potrzebuje częstego dostępu do toalety. Tak więc już wiedziałem, że spędzimy najbliższą noc na campingu. Już o 11 mieliśmy rozbity namiot, od razu udaliśmy się pod prysznic, potem na basen. Wszystko za cenę 1600 peset od osoby. Po kąpielach i posiłkach poszliśmy pozwiedzać miasto i posiedzieć na plaży. Plaże są tam świetne, żółty drobny piasek, ale za to cholernie zimna woda i szybko opadający brzeg. Około 16 udaliśmy się na spotkanie z naszymi znajomymi, ale jeszcze nie dotarli. Więc zrobiliśmy zakupy (polecam pifko San Miguel - 0,5 litra za około 44 pesety). Po pifku nie ma to jak siesta, od razu poszliśmy sobie na basen i leżeliśmy i leżeliśmy. Ot błogi odpoczynek. Wieczorem poszliśmy sprawdzić jak wygląda życie nocne tej mieściny od wewnątrz. Ale od razu powaliły nas na nogi ceny wstępu do knajp. Ja jeszcze niewyspany i podłamany paroma pifkami zdecydowałem iść się wyspać. Natomiast kumpela wraz z grupą poznanych Polaków poszła odwiedzić jedną z dyskotek.
Dzień 5 - Czwartek 10 VIII 2000
Wstaliśmy koło 8. zrobiliśmy zakupy w pobliskim markecie. W czasie porannej wędrówki uzgodniliśmy, że przenosimy się na inny camping Lloret Europe. W ten sposób wzięły w łeb undergroundowe plany ze spaniem na plaży i zwyciężył komfort. Camping ten jest dość dziwny, jest umiejscowiony na zboczu jakiejś górki, ale posiada oczywiście swój własny sklepik i basen, gdzie spędzałem wiele czasu. Cały dzień upłynął nam na moczeniu dupy, morze i basen to miejsca gdzie spędziliśmy dzień. Około 15 udaliśmy się na miejsce spotkania. Po pół godzinie wyczekiwania spotkaliśmy Magdę i Filipa. Jak się okazało mieli szczęście spotkać bardzo miłych ludzi, którzy zabrali ich na mini wycieczkę po Włoszech, płacąc za nich na campingach i w restauracjach. Tak więc pomogliśmy im zanieść ich tobołki na camping, rozbiliśmy dodatkowy namiot i... wypad na miasto. Początkowo się rozdzieliliśmy, Marlena z Magdą poszły sobie pozwiedzać sklepy a ja z Filipem kupiliśmy sobie brofce, winko i cygara i poszliśmy na skałki. Gdzie mogliśmy podziwiać zajebisty krajobraz i delektować się pifkiem. Wróciliśmy koło 19. Tuż przed wejściem na camping zobaczyliśmy grupkę 5 osób. Nagle jedna z nich podeszła i łamaną angielszczyzną zapytała czy mamy ogień. Filip od razu wyjął paczkę polskich zapałek. Podał gościowi a ten natychmiast krzyknął rozradowany: "oni mają polskie zapałki!". Jak się okazało byli to goście za Słupska, którzy w tym wspaniałym miejscu spędzali wakacje. Od razu zaproponowali nam, jako gest przyjaźni narodowej rundkę przy fajce pokoju, nabitej marokańskim haszyszem. Przy okazji dowiedzieliśmy się, że marokański hasz można kupić za 5000 peset (około 5-6 gramów). Tak więc wróciliśmy, spotkaliśmy nasze towarzyszki podróży, zjedliśmy masę tanich owoców i wyruszyliśmy na nocną eskapadę. Od razu udaliśmy się do sklepu, żeby uzupełnić zapasy hiszpańskiego wina, które wypiliśmy w blasku zachodzącego słońca na przybrzeżnych skałach. Jak nam zabrakło napojów to postanowiliśmy się udać do jakiejś knajpy. A więc idziemy sobie wąskimi uliczkami, pełnymi ludzi, co chwilę ktoś nas zaczepia i wręcza zaproszenie do knajpy. Idziemy sobie i idziemy aż tu nagle z malutkich drzwi, prowadzących do baru docierają do mnie znajome dźwięki. Przysłuchuję się i nagle olśnienie, toż to MEGADETH i "Symphony Of Destruction". Nie zwracając uwagi na nic, od razu weszliśmy do środka i usiedliśmy przy najbliższym stoliku. Zamówiliśmy sobie po brofcu (cena 600 peset = 12 zl) i delektowaliśmy się muzyką (Metallica, Nirvana itp.). Nagle barmanka przyniosła nam po kieliszku Tequil`i, z solą i lemonką oczywiście, w dodatku za friko. Potem jeszcze jedno pifko i gleba. Wychodzimy. Jako, że qmpel miał już dość wypadło na mnie, że mam go zaprowadzić na camping, natomiast Magda z Marleną miały na mnie czekać w umówionym miejscu na plaży. No więc poszliśmy. Przez pół godziny błądziliśmy wąski uliczkami zanim dotarliśmy na camping. Zgodnie z obietnicą poszedłem na plażę, kupując po drodze jeszcze jedno pifko, gdzie dość szybko dotarłem, ale koleżanek niestety nie spotkałem. Jeśli dobrze pamiętam to musiałem się na tej plaży chwilkę zdrzemnąć. Gdy się opamiętałem była 1 w nocy. Więc postanowiłem wrócić do namiotu. Tak się jakoś złożyło, że poszedłem kupić jeszcze jedno pifko. Ale potem nie byłem w stanie znaleźć drogi powrotnej na camping i przez 2 godzinki przemierzałem miasteczko wzdłuż i wszerz co chwilę lądując na plaży. W końcu około 3 w nocy dotarłem do namiotu i położyłem się spać.
Dzień 6 - Piątek 11 VIII 2000
Wstałem o 10, z kacem gigantem. Znajomych nie ma, więc biorę ręcznik i idę pod prysznic i na basen. Spotykam tam Filipa, który zdążył się już zaprzyjaźnić z grupą Polaków. Jak się okazało Marlena i Magda jeszcze nie wróciły z wczorajszej eskapady. Ale około 13 już się zjawiły. Grupa postanowiła odwiedzić miasteczko Tossa de Mar, ale ja nie miałem na nic ochoty, więc pojechali beze mnie. Około 15 wziąłem sobie kolejny prysznic i jakoś się opamiętałem, na tyle, że przyszła mi ochota na pifko. Więc kupiłem sobie 2 brofce i poszedłem zwiedzać okolice. Gdy wyszedłem na plażę, od razu moją uwagę zwrócił malutki zameczek po lewej stronie. Tam też postanowiłem się udać. Jakież było moje zdziwienie, gdy w skałach pod nim znalazłem malutki tunel prowadzący do niezwykle malowniczej skalistej zatoczki. Było to jedno z najwspanialszych miejsc jakie było mi dane zobaczyć na własne oczy. W dodatku znalazłem schody i dróżkę prowadzącą w niewiadomym kierunku. Jako, że ciekawski jestem od razu się tam udałem. Ten dwukilometrowy spacer będę chyba wspominał do końca życia. Nie ma słów, żeby opisać jak pięknie tam jest. Urwiste, wysokie skaliste wybrzeże, niebieska woda, słońce. Po prostu rewelka, polecam każdemu. (Dałbym tu fotki, ale nam zajebali aparat z filmem w środku, ale o tym będzie dalej). W drodze powrotnej kupiłem sobie lokalny specjał, nie pamiętam jak się to nazywa, w każdym bądź razie, są to kawałki mięsa nadziane na patyk i opiekane na grilu - też polecam. Wróciłem około 16 i znów się udałem na basen. Po powrocie spotykam resztę ekipy. Planujemy jak zorganizować sobie wieczór. Jak się okazało Marlena z Magdą już zostały zaproszone do jednej z dyskotek. Ludzie co mnie znają wiedzą jaki mam do nich stosunek. Więc z Filipem postanowiliśmy kupić sobie pifko i iść na plażę. Za to postanowiliśmy, że następnego dnia pojedziemy pozwiedzać Barcelonę. Dotarliśmy najpierw na plażę niedaleko skał, tam pożyczyłem sobie od jednej Niemki okulary do nurkowania. I znów było rewelacyjnie gdy człowiek pływał sobie między skałkami, rybami i innymi żyjątkami. Potem wpadliśmy na pomysł, żeby iść poskakać ze skał do wody. To był dopiero ubaw, niestety uwiecznione na kliszy chwile zostały nam skradzione. Tego dnia przesadziłem z słońcem, zaczął mi napieprzać łeb. Wróciliśmy około 20. jak tylko wszedłem do namiotu od razu dopadły mnie dreszcze i wysoka temperatura. Za namową znajomych od razu przystąpiłem do uzupełniania płynów. Wypiłem z trzy litry wody. Męcząc się bardzo zasnąłem z wielką obawą dotyczącą jutrzejszego wyjazdu do Barcelony.
|
|
 |
|
|