| |
W kraju tulipanów, w mieście niedźwiedzia
Koninkrijk der Nederlanden - Królestwo Holandii - małe państewko u wybrzeży Morza Północnego. Niewiele ponad 33 tyś. kilometrów kwadratowych powierzchni lądów, to ciut mniej niż ma województwo mazowieckie. Populacja ponad trzykrotnie wyższa od naszego województwa stołecznego - prawie 16 milionów mieszkańców. Stolica z parlamentem w Amsterdamie, siedziba dworu z rządem w Hadze. Bezrobocie w granicach 4 procent, inflacja 2 procent. Dozwolone: małżeństwa homoseksualne, eutanazja, sprzedaż i używanie miękkich narkotyków. Gospodarka: największe europejskie porty morskie, dobrze rozwinięty handel i turystyka, ponad jedna czwarta powierzchni kraju to grunty rolne. Od upadku Żelaznej Kurtyny jedno z najbardziej ulubionych miejsc wyjazdów wakacyjno-ekonomicznych polskich młodych turystów. Postanowiłem zobaczyć to na własne oczy.
Do przebycia mniej więcej tysiąc kilometrów. Szybka wycena kosztów podróży. Samolotem: aż strach pomyśleć - ponad 2000 zł , autobusem: około 280 zł, samochodem: ze 400 zł (no, i trzeba go jeszcze mieć), pociągiem: jakieś 40 euro, autostopem: za darmo. I jak tu wybrać złoty środek pomiędzy szybkością, ceną i niezawodnością? Plan był prosty: pociąg do granicy z Niemcami, piechotą przez granicę, u naszych zachodnich sąsiadów pociągiem ze zniżką, a w Holandii to już jak św. Krzysztof pozwoli. Przy dobrych wiatrach całkowity koszt przejazdu zamknąć się może w 10 euro przy około 40 godzinach jazdy.
Hit wśród zniżek kolejowych europy Schuenes Wohenende Ticket pozwala na podróż pięciu osób przez jeden weekendowy dzień, na dowolnych nieekspresowych połączeniach, w całych Niemczech, co przy koszcie 28 euro stanowi bardzo apetyczny kąsek dla młodych podróżników. Pozostaje jedynie znaleźć towarzyszy podróży. Jest sam środek wakacji, więc z małą pomocą internetowych grup dyskusyjnych i witryn trampingowych (tych pozwalających umieszczać ogłoszenia o wyprawach), szybko kompletuję ekipę. Plan przewiduje wczesny start w piątek tak, by w Niemczech być już w nocy. Pierwszy pociąg w kierunku Holandii odjeżdża z dworca we Frankfurcie nad Odrą około trzeciej w nocy. Na granicy z Holandią powinniśmy być około czternastej. Pozostaje wiele czasu na łapanie stopa.
Oprócz mnie pojadą dwie koleżanki z jedna z Krakowa i jedna z Opola oraz kolega z Wrocławia. Spotykamy się w pociągu i szybko okazuje się, że będzie z nas krótkookresowa, ale wesoła i zgrana paczka. Podróż mija szybko mimo niemiłosiernego upału i szalenie oszczędnego tempa polskich pociągów. Szczególnie podoba nam się odcinek pomiędzy Poznaniem a Rzepinem, który nasz ukochany pociąg pokonuje w tempie żółwia, z cierniem w zadku. Koniec końców okazuje się, że nuda podróży owocuje ciekawymi odkryciami. Otóż dowiadujemy się, że jeśli wpłacimy w konduktora pociągu jakieś 6 złotych to będziemy mogli wsiąść w Rzepinie do bezpośredniego pociągu do Frankfurtu nad Odra. Co prawda wydłuży to czas jaki będziemy musieli spędzić na stacji po niemieckiej stronie, ale jest to zdecydowanie wygodniejszy sposób niż PKS do Słubic i później 2 kilometrowa wycieczka na stację kolejową. Biegiem przesiadamy się i po pół godzinie jesteśmy we Frankfurcie. Szybko pojawia się człowiek, który proponuje, że zabierze nas do Berlina na swym zniżkowym bilecie. Oczywiście odmawiamy, bo mamy w palnie zakup naszego upatrzonego biletu weekendowego. Nasz nowy znajomy zorientowawszy, że i tak nic nie jesteśmy skłonni zapłacić proponuje, że zabierze nas za darmo. Dwa razy powtarzać nam nie trzeba, przecież możemy być w Berlinie już około 23 i łapać stamtąd jakiś wcześniejszy pociąg w interesującym nas kierunku. Przecież ze stolicy Niemiec musi jeździć więcej pociągów niż z Frankfurtu. Lądujemy tedy w Regionalnym Ekspresie relacji Cottbus - Magedburg. Na Berliński dworzec Zoo trafiamy w okolicach północy. Ku naszemu zdziwieniu najwcześniejszy pociąg na zachód wyrusza około piątej rano i jest to dokładnie ten sam pociąg, którym planowaliśmy wyruszyć z Frankfurtu. Cóż robić w środku nocy na okrytej ponurą sławą stacji kolejowej, niegdysiejszym domu dzieci z dworca Zoo? No cóż, należy rozłożyć karimaty w głównych holu i próbować spać, co przy bliskim sąsiedztwie sklepu monopolowego nastręcza niejakie trudności. Na szczęście poczucie niejakiego bezpieczeństwa stwarza dwóch rosłych Niemców ze Służb Ochrony Kolei, którzy dość często przechadzają się koło nas, nie czyniąc nam jednak żadnych wymówek za nasz zaimprowizowany obóz na środku dworca.
|
|
|
|
|
|