|
|
|
| |
Czas mija powoli, w międzyczasie udaje nam się zwiedzić bezpośrednią okolicę dworca. Mamy wątpliwą przyjemność powąchać, wzmocnione upałem i brakiem jakiegokolwiek wiatru "zapachy" pobliskiego ogrodu zoologicznego. Oglądamy malowniczy, odbudowany tylko częściowo, kościół na Breitscheidplatz i stojący obok nowy, ośmiokątny i lekko upiorny w swej klockowatości Keiser Wilhelm Gedanchtniskirche. Resztę niemieckiej stolicy pozostawiam sobie ma czas powrotu z wakacji, bo zgodnie z planem, za jakiś miesiąc odwiedzę tu znajomych.
Pociąg wyrusza punktualnie. My jesteśmy niemiłosiernie rozespani, kawa na dworcu w Brunszwiku pomimo, że pyszna, niewiele pomaga. Po drugiej jest już lepiej. Temperatura rośnie i niedługo znów zaczniemy pocić się jak na potęgę, czas więc na poranne mycie w niezwykle (w porównaniu z polskimi pociągami) czystej toalecie. Oprócz zapomnianej podczas jednej z przesiadek karimaty i porwanej przez wiatr czapki, podróż mija miło i spokojnie.
Ostatni odcinek drogi na wybrzeże Holandii według pierwotnego planu pokonany miał zostać autostopem. Plany jednak zmieniła niespodziewana wiadomość. Krótko przed wyjazdem dowiedzieliśmy się, że znajomy jednej z mojej towarzyszek podróży będzie jechał w interesujący nas dzień, samochodem w pobliże docelowej miejscowości. Tak więc zamiast do Bad Bentheim przy granicy z Holandią dojechaliśmy do Gelsenkirchen w Zagłębiu Ruhry, skąd zabrał nas piękny, duży pięcioosobowy samochód. Część towarzyszy podróży wysadzonych zostało w kierunku Brukseli, część w kierunku Amsterdamu, a ja trafiłem szczęśliwie około godziny osiemnastej do Noordwijku.
Noordwijk - mała nadmorska miejscowość ok. 25 kilometrów na północny wschód od Hagi i ok. 40 kilometrów na południowy zachód od Amsterdamu. Ze swoją 13 kilometrową piaszczystą plaża Noordwijk jest bardzo popularnym holenderskim kurortem wakacyjnym. Otoczony zewsząd morzem, polami uprawnymi, ścieżkami rowerowymi, wydmami i kanałami jest (gdy akurat nie pada deszcz) naprawdę uroczym miejscem.
Amatorzy luksusu znajdą tu wielogwiazdkowe hotele z cenami nawet czterocyfrowymi, bardziej oszczędni turyści zadowolą się dziesiątkami małych pensjonatów po kilkanaście/dziesiąt euro za nocleg, a minimaliści, którzy zabrali ze sobą namioty, zadowolą się licznymi kampingami za kilka euro na dobę. Tak też uczyniłem ja, ale jako, że z właścicielem jednego z kampingów łączą mnie, od jakiegoś czasu, bardzo dobre stosunki o podłożu biznesowym, otrzymałem do wyłącznego zasiedlenia kompletnie pusty apartament w przyległym do kampingu budynku. Tam też osiadłem, by w spokoju kontemplować wspaniałą letnią pogodę, na nienormalnie słonecznym tego roku wybrzeżu Holandii.
Może Północne jest niebyt czyste, dość mocno zasolone, niezbyt ciepłe i cholernie faluje. Mimo tego, jeśli trafia się w jego objęcia przy temperaturze osiągającej w cieniu 40 stopni Celsjusza, to jest prawie tak samo mokre jak Adriatyk! A lato tego roku było bardzo gorące. Rodowici Holendrzy mówili, że od lat nie było u nich czegoś takiego. Kraj znany z pogody godnej Krainy Deszczowców, tego roku zamienił się w tropiki. Nie żeby mi się to nie podobało, tym bardziej, że dołączyła do mnie moją dziewczyna i wakacje nabrały rumieńców.
|
|
|