www.webd.pl
     

 
 

Południową drogą do Indii A.D.1999

tekst i zdjęcia Grzegorz Król


Przystanek Turcja

Pośpieszny do Wrocławia jest przynajmniej o dwa wagony za krótki. Cudem udaje się nam wrzucić część bagażu do jednego z przedziałów, sami zostajemy w zatłoczonym korytarzu. Kiedy za oknem pojawiają się pierwsze zabudowania Krakowa, ktoś żartem wspomina o ostatniej możliwości powrotu. Milcząc odrzucamy proponowany wariant. Tym samym podpisujemy na siebie nieodwracalny wyrok - przed nami licząca 10 tys. km droga do Indii.

Kiedy na początku maja wymagane dokumenty znalazły się w Ambasadzie Indyjskiej w Warszawie, żaden z naszej czwórki do końca nie wierzył w powodzenie przedsięwzięcia. Otuchy dodał fakt, iż dzień później kolorowe wizy, zezwalające na półroczny pobyt w krainie świętych krów, znalazły się w naszych paszportach. Równie przychylnie potraktowali nas przedstawiciele Pakistanu. Zebrali po 220 zł i kazali cierpliwie czekać około 2 tygodni. Po wyznaczonym terminie odebraliśmy pieczątki umożliwiające dwukrotną, 7-dniową wizytę w ich kraju.

Problemy zaczęły się w Ambasadzie Iranu. Załatwianie formalności, które miało potrwać 3 tygodnie, przedłużyło się niemal dwukrotnie. W tym czasie cena wizy podskoczyła z 205 na 240 zł. - Niestety, nie możemy od razu zezwolić na przejazd w obie strony - chłodnym głosem oznajmił na koniec przedstawiciel ambasady. - O wizę powrotną proszę się starać na terenie Pakistanu.

Cóż, dobre i to. Pełni optymizmu skompletowaliśmy podręczne apteczki (połowę miejsca zajęły leki przeciw biegunce, wzorowe posunięcie!!!) i zaopatrzyli się w bilety do Istambułu.

Przyjacielscy handlarze

Sobota, 3 lipca, jest słoneczna i ciepła. Można by nawet powiedzieć, że jest gorąco, termometr wskazuje 27 st. Celsjusza. Klimatyzowany mercedes relacji Warszawa - Istambuł przyjeżdża do Katowic z godzinnym opóźnieniem.

Ledwie wchodzimy do środka, a pod naszymi siedzeniami lądują reklamówki pełne koszulek z naprasowankami "Versaci". - Panowie, przewieźcie mi to przez granicę - składa propozycję potężnych rozmiarów mężczyzna. - Jest dokładnie po 50 sztuk, nikt się nie przyczepi.

- Pomóżcie Miśkowi, to porządny facet. I jeszcze to gdzieś wepchnijcie - zanim zdążyliśmy cokolwiek powiedzieć, na półki nad naszymi głowami trafiły komplety jaskrawych lakierów do paznokci. Facet, jak gdyby nigdy nic, wrócił na swoje miejsce i odpalił czerwonego "Marlboro". Czynność tą powtarzał przynajmniej 3 razy na godzinę. Do końca podróży nie odezwał się ani słowem.

100 lat!

Tureccy kierowcy zmieniają się co jakiś czas, poza dłuższym postojem na pierwszej granicy, praktycznie się nie zatrzymujemy. - Czesi to szczury, zawsze najdłużej trzymają. Gdzie indziej wystarczy pół litra albo karton papierosów i po kłopocie - narzeka pani Miecia, weteranka tej trasy. Za oknem budapescy strażacy próbują ugasić płonący magazyn.

Senną ciszę przerwał nagle tubalny głos jednego z kierowców. - Kończę dzisiaj 42 lata, pasowało by to jakoś uczcić - oznajmił uroczyście po czym otworzył butelkę szampana. Misiek, który zdążył już opróżnić ćwiarteczkę, intonuje "100 lat". Chwilę później podśpiewuje cały autobus.

Śmierdzi padliną

Węgry, Rumunia, Bułgaria - drugi dzień podróży przebiega bez większych przygód. Mijamy coraz bardziej zaniedbane miasta i ogromne pola słoneczników, na przedniej szybie przybywa martwych insektów. Wieczorem po raz pierwszy przestawiamy zegarki. Jest godzina 21:28, 60 minut później niż w Polsce. Jeszcze tylko kontrola graniczna i znajdziemy się w Turcji.

Wizę bez problemów można otrzymać na granicy. Jest ważna przez miesiąc, kosztuje 10 dolarów. Przyozdobiwszy kolejne strony w paszportach, wyciągamy bagaże z autobusu. Punkt kontroli celnej przypomina bazar na rzeszowskim Podpromiu. Mundurowy przechadza się pomiędzy drewnianymi stolikami i zerka do pootwieranych plecaków, zupełnie nie zwraca uwagi na unoszący się w promieniu kilkunastu metrów, ostry zapach padliny.

Nocleg w cenie

Kilkanaście minut po godz. 1:00 ponownie każą nam wysiadać. Wyciągamy bagaże, jeszcze nie do końca zdając sobie sprawę z tego, że właśnie znaleźliśmy się u celu pierwszego etapu podróży. Istambuł śpi, my znajdujemy się w niewiele lepszym stanie.

Opamiętanie przychodzi, kiedy nagle autokar odjeżdża, a ostatni ze współpasażerów znika za drzwiami znajdującego się obok hotelu. Koszulka "Versaci" musi tu być w cenie, jedna noc kosztuje naszych handlarzy 12 dolarów. Zgodnie stwierdzamy, że nie stać nas na takie luksusy. 15 minut później, w następnej uliczce, półprzytomni kładziemy się do łóżek, o 4 dolary tańszych. Za oknem słychać wokalistkę Kayah i chóralne śpiewy - to nasi rodacy świętują udaną podróż.

Kierunek Iran

- Zmykamy stąd jak najszybciej - zapada decyzja na porannej naradzie. Nie przeczuwając nawet, że nasze losy potoczą się inaczej, postanawiamy zwiedzić miasto w drodze powrotnej.

Ze znalezieniem transportu do Teheranu nie ma najmniejszego problemu. Niewielkie biura podróży znajdują się dosłownie co 100 metrów. Z każdego z nich, w liczącą ponad 2 000 kilometrów trasę, wyrusza po kilka autobusów dziennie. Oferty przewoźników różnią się chyba jedynie cenami.

Krótki spacerek uprzyjemniają nawoływania z pobliskiego meczetu. Ponad 30-stopniowy upał sprawia, że pot leje się z nas ciurkiem. Nie mamy pojęcia jak w takiej temperaturze można palić papierosy. Turcy robią to z taką dokładnością, jakby tytoń był najbardziej deficytowym towarem w tym kraju. Na chodnikach lądują jedynie nadpalone filtry.

Zaglądamy od biura do biura. W liczących kilkanaście metrów kwadratowych pomieszczeniach czujemy się jak oczekiwani od dawna goście. Pierwsze próby targowania się kończą się sukcesem. Cena wywoławcza - 30 dolarów od osoby, spada o piątkę. O godz. 14:57 cali mokrzy wsiadamy do, zapowiadanego na dwie godziny wcześniej, autobusu. Według planu za 40 godzin powinniśmy wysiąść w stolicy Islamskiej Republiki Iranu.


Następna strona

Wyślij maila autorowi relacji
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański