www.webd.pl
     

 
 



Oko w oko z Wodzem

Nasz autobus to bomba z opóźnionym zapłonem. Połowę bagażnika zajmują kanistry z zapasami taniego irańskiego paliwa. Wyposażeni w rurki i metalowe lejki kierowcy biegają na zewnątrz pojazdu. Patrząc na to wszystko przypomina się wskazówka z jednego z przewodników. Autor radzi, by w razie odwiedzin tutejszych szpitali, wziąć ze sobą własny sprzęt do przetaczania krwi.

Układ sił w autobusie wynosi 23:4 - prowadzą Irańczycy. Z wycieczki do Istambułu wiozą sprzęt elektroniczny i radioodtwarzacze. Szybko nawiązujemy pierwsze znajomości. Mężczyźni pokazują rodzinne zdjęcia i wznoszącą się po lewej stronie, liczącą 5122 metry, ośnieżoną górę Ararat.

Chomeini wita

Jest 6 lipca. Do granicy docieramy tuż przed godz. 15.00. Kierowca, znaną tylko sobie ścieżką, przeciska się pomiędzy dziesiątkami tirów wiozących ropę na zachód. Dzięki temu szybko znajdujemy się w przedzielonym na pół budynku odprawy paszportowej. Część, w której czekamy należy do Turcji, od Iranu oddzielają nas tylko masywne, metalowe drzwi.

By nie drażnić Allacha zakładamy długie spodnie. O wiele gorzej ma spotkana Czeszka, która przywdziewa długi płaszcz i zakrywającą włosy chustę. W ten sposób upodabnia się do siedzących pod ścianą, skąpanych w czerni, kobiet.

Odprawa trwa i trwa. Metalowe drzwi otwierają się dopiero po półtoragodzinnym oczekiwaniu. Przesuwając zegarki do przodu, tracimy kolejne 90 minut. Pierwszą postacią, która nas wita jest Chomeini. Władczym wzrokiem spogląda z zawieszonego na przeciwko, potężnego obrazu. Otuchy dodają powydrapywane na ścianach napisy w przeróżnych językach. To ślad po turystach, którym udało przemknąć się pod jego czujnym okiem.

Szlaban na pornografię

Kolejny punkt programu to hala należąca do celników. Bagaże są otwierane i prześwietlane, co jakiś czas któryś z Irańczyków znika w za kotarą pomieszczenia do kontroli osobistej. Goście (to my) proszeni są o przejście do osobnej bramki. Celnicy pytają, czy wieziemy materiały pornograficzne. Pod kreską są także publikacje o charakterze politycznym i antyislamskim oraz alkohol i wieprzowina.

Zupełnie czyści, po minucie, wychodzimy na zewnątrz budynku, gdzie błyskawicznie otaczają nas przygraniczni biznesmeni. - Change, change money... - konspiracyjny szept nie opuszcza nas już do końca wyjazdu. Wymiana waluty na czarnym rynku może skończyć się publicznym biczowaniem. Przezorni szmuglerzy ciągną nas pomiędzy ustawione rzędem autobusy. Za 100 dolarów dostajemy 850 tys. riali, 60 tys. więcej niż w banku. Trzeba uważać, cinkciarze mają dziwne przyzwyczajenie - za każdym razem brakuje banknotu 10-tysięcznego.

Na celowniku

[Kliknij aby powiększyć]
Wódz jest wszędzie. Spogląda znad lad sklepowych i z bocznych ścian budynków. Gdyby w Iranie były bilboardy, pewnie 80 procent zarezerwowano by dla niego. Współpasażerowie nareszcie są u siebie, uśmiechają się, machają rękami, częstują nas, przypominającym placki chlebem.

Radosny gwar przerywają odbywające się średnio co pół godziny kontrole policyjne. Faktycznie nie ma się z czego się śmiać. W trakcie gdy dwóch mundurowych przeszukuje autobus, ich partnerzy na zewnątrz celują do nas z działek rozstawionych po obu stronach drogi.

Następnego ranka budzimy się jakby na innej planecie. Otacza nas spalona, żółta ziemia. Puste podwórka w mijanych co jakiś czas wioskach oddzielają od pustyni wysokie, kamienne mury. Nagle na horyzoncie wyłania się miasto składające się z dziesiątek czteropiętrowych bloków. Ogromne dźwigi wznoszą kolejne betonowe konstrukcje. Pozbawiony zieleni kompleks otacza ciągnąca się kilometrami siatka. Idealne miejsce na kolonię karną.

Nie patrzcie na kobiety

Podstawowym wyposażeniem każdego pojazdu jest klakson. Najbardziej zbajerowanymi szczycą się kierowcy autobusów. Każdy ma do dyspozycji przynajmniej dwa sygnały, jeden krótki i drugi, który przez kilka sekund wygrywa głośną melodyjkę. Nasz taksówkarz nie chce być gorszy, wciska kierownicę co najmniej na 5 sekund, czynność powtarza średnio 4 razy na minutę. Jakby tego było mało co chwilę wystawia głowę przez okno i krzyczy na falującą rzekę zmotoryzowanych.

Półgodzinna przejażdżka po Teheranie kosztuje nas 4 dolary. Za hotel wspólnie płacimy dychę. W zamian dostajemy 4 łóżka, kabinę prysznicową i działającą (co jakiś czas) klimatyzację.
Na górze mieszka 63-letni Kanadyjczyk, przyjechał na kilka tygodni doglądnąć interesów firmy. Po krótkiej rozmowie okazuje się, że jesteśmy niemal w centrum. Informacje potwierdza elektryk znad Morza Kaspijskiego. Opowiada o kontraktach w Niemczech i pokazuje poparzoną przed kilkoma laty rękę. - Tylko nie rozmawiajcie z tutejszymi kobietami - radzi na koniec. - Najlepiej w ogóle nie próbujcie dłużej się im przyglądać. Zazwyczaj oznacza to duże kłopoty.

Autobus na pół

Przejście przez jezdnię to nieustanna walka ze śmiercią. Na skrzyżowaniach migają światła - czerwone dla zmotoryzowanych i żółte dla pieszych. Niestety, tym razem należymy do tej drugiej grupy. Po chwili obserwacji zaznajamiamy się z podstawową zasadą - grunt to się nie zatrzymywać. Udaje się, po drugiej stronie ulicy zaczynamy wierzyć w cuda.

Upał, upał i jeszcze raz upał. Ratuje nas substytut Coca-Coli o nazwie Zam-Zam. Ćwierćlitrowa butelka w przeliczeniu kosztuje 25 gr., imitację amerykańskiego produktu pijemy litrami. Z większą niepewnością sięgamy po mieniące się wszelkimi kolorami płyny, rozlewane z przeźroczystych zbiorników. Zielony jest z melona, pochodzenia przeźroczystego, wypełnionego przypominającymi wydłubane oczy ziarenkami, nie udaje nam się ustalić.

Na ulicach dominują czarnowłosi mężczyźni. Kroczą z dumnie uniesionymi głowami. Nieliczne, okryte od stóp do głów kobiety, przemykają chyłkiem, patrząc w ziemię. Sporadycznie można spotkać panią, która zamiast tradycyjnego, czarnego czadoru, paraduje w jasnym płaszczu i zwykłej chustce. W przejeżdżających co jakiś czas autobusach wyraźnie widać panujący podział płci. Przód zarezerwowany jest dla mężczyzn, kobiety sadowią się na tyle pojazdu.

[Kliknij aby powiększyć]

Otaczający nas tłum porusza się w jednym kierunku. Celem jest największy w Iranie bazar, położony przy alei Panzdah-e-Khordad. Szybko wsiąkamy w wąskie, otoczone starymi budynkami, uliczki. Można tu kupić wszystko. Wystawy wypełnione są złotem i bajecznie kolorowymi dywanami. Ktoś proponuje nam antyczną wazę, za chwilę dostajemy ofertę zakupu najnowszego walkmana "Sony". Oszołomieni tłumem i ciągłymi nawoływaniami, szybko tracimy orientację w terenie. Z liczących setki metrów zakamarków wyprowadzają nas przygodnie poznani znajomi.


Gdzie są Włosi?

- Lechistan, Hitler, bum, bum!!! - krzyczy właściciel tureckiej restauracji, symulując ruchem dłoni nalot niemieckich bombowców. Jest już wieczór, ulice pustoszeją, a my mamy ochotę na porządny posiłek. Mężczyzna nie rozumiejący ani słowa po angielsku, w końcu przynosi specjalność zakładu. Na zestaw składa się baranina, gęsty kefir zrobiony z mleka koziego (na to przynajmniej wskazują pobekiwania Turka) i schłodzony, kwaśny kumys. Uczta kończy się testowaniem, stojących obok niewielkiego baseniku, fajek wodnych (tylko tytoń!).

Piąty dzień wyprawy kończy spotkanie z młodym Uzbekiem. Nie ma dla nas pocieszających informacji. Na wieść, że kolejnym przystankiem na naszej trasie jest, położony niedaleko granicy z Pakistanem Zahedan, stwierdza tylko: - Koniec świata. Niedawno wyjechało w tamtą stronę pięciu Włochów. Do dzisiaj nie ma o nich żadnych informacji. Przepadli bez śladu...


Poprzednia strona Następna strona


Wyślij maila autorowi relacji
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański