www.webd.pl
     

 
 

Włochy autostopem '99

by Tomasz "Tomczak" MAREK
Plany
Na ten wyjazd zdecydowaliśmy się przez przypadek. Od pewnego czasu krążyły legendy na temat wyjazdu grupy osób, które część z nas znała. Z czasem z niezłego acz atrakcyjnego żartu wynikło to, że jednak jedziemy. Przygotowania przebiegały długo. Byliśmy podekscytowani, bo nikt z nas w ten sposób nie podróżował. Naszym celem było Lazurowe Wybrzeże. Ale plany zmieniły się w trakcie wyjazdu. Wyjechała nas ósemka, podzieliliśmy się na cztery pary a jako punkt docelowy obraliśmy włoskie miasto Genua. Długo zastanawialiśmy się którędy pojechać. Przez Niemcy czy przez Cechy i Austrię. Ostatecznie zdecydowaliśmy się przejechać przez Czechy pociągiem (bardzo tanio) a rozdzieliliśmy się dopiero na granicy czesko-austriackiej.

Piątek 2 lipca 1999r
Około 15 udaliśmy się na dworzec do Katowic. Wkrótce cała ósemka była razem. Już na początku pojawił się malutki problemik bo nasz pociąg do Bielska okazał się być pospiesznym i trzeba było wykupić miejscówki, więc musieliśmy jechać pociągiem osobowym o 15.45. Do Bielska dotarliśmy bez problemów tam po kilku minutach przesiedliśmy się do pociągu do Cieszyna. W Cieszynie od razu przeszliśmy do Czech i w ten sposób opuściliśmy ojczyznę. O 23.50 wsiedliśmy do "rychlika" do Prerova, ale tam tez trzeba było mieć miejscówki, nas to nie obchodziło ale faceta z żoną i dzieckiem tak. Mnie przeraziło, gdy facet zajarzył skąd jesteśmy powiedział "Jezus, Maria POLACY!!!!" Wkrótce pojawiła się konduktorka wraz z policjantami, ale na szczęście dla nas facetowi zaproponowano miejsce gdzieś indziej. Tak zakończył się ten dzień , ale podróż trwała dalej.........

Sobota 3 lipca 1999 r
Jedziemy rychlikiem do Prerova, jedzie się super, morale wysokie. Około 2 jesteśmy w Prerovie, stacja porównywalna z Katowicami, ale dworzec z Pcimiem Dolnym, tu siedzimy do 3.25, czekamy na pociąg do Breclava. Jak się później okazało jest to Polski pociąg Chopin. Zaczęły się pierwsze szopki, gdyż nie wiedzieliśmy gdzie wysiąść, bo przejście jest w Mikulowie, a z Breclava to około 23 km. Po burzliwej dyskusji postanawiamy przejechać granicę CZE-AUT. Lądujemy w Hohenhau, tam pociąg staje na dłużej. Czeskich konduktorów i celników jakoś nerwowo przetrzymaliśmy, ale przed austriackimi wydygaliśmy i wysiedliśmy. Tam spotkaliśmy austriackiego celnika, który był nieźle zdziwiony tym, że tam wysiedliśmy, wbił nam sztemple do paszportów i pokazał gdzie jest droga na Wiedeń. Tanksztela w AustriiTo wyjście nie było zbyt dobrym posunięciem, a dlaczego okaże się pod koniec. W końcu doszliśmy do drogi, ale ona się rozdwajała, jak się okazało wybraliśmy tę gorszą.... Po przejściu około 200m. Droga znów się rozdwoiła, wtedy podzieliliśmy się na dwie grupy po 4 osoby. W ten oto sposób nasze drogi się rozeszły. Po przejściu około 1 km i kilku próbach zatrzymanie aut zatrzymaliśmy pierwszego faceta, który od razu nas zabrał do Doberhausen (około 10 km). Facio był trochę wydygany i wyglądał na szczęśliwego gdy nas wysadził. Znów musieliśmy iść około 1,5 km by wydostać się z miasteczka. Tam zjedliśmy mały posiłek i ruszyliśmy dalej. Niedługo potem zatrzymała się miła kobieta, początkowo powiedziałem, że chcemy jechać do Willen..cośtam, ale, wkrótce powiedziałem ,że próbujemy się dostać na drogę do Wiednia, gdy babka to usłyszała powiedziała, że nas na nią zawiezie, mimo, że wcale tam nie jechała. Więc dotarliśmy na tę drogę, później znów czekał nas spacerek do najbliższej tankszteli ok. 700m. Tam weszliśmy do sklepiku i o mało nie dostaliśmy zawału, gdy zobaczyliśmy ceny, więc szybko zaczęliśmy łapać stopa. Po około 20 min, zatrzymał się facet w Volvo i zaproponował podwiezienie do Wiednia, więc skorzystaliśmy z okazji. Wysiedliśmy w centrum Wiednia, przy zjeździe na autostradę na Graz, ale nie było tam żadnych szans na złapanie stopa dalej. Więc postanowiliśmy iść krzakami wzdłuż autostrady z nadzieją, że natkniemy się na jakąś tanksztele lub zjazd, wkrótce wzdłuż autostrady pojawiły się płyty chroniące przed hałasem, więc zeszliśmy na dróżkę w parku i podążaliśmy wzdłuż autostrady. W parku spotkaliśmy kobietkę mówiącą po Polsku, która powiedziała nam , że około 1km dalej jest zjazd na autostradę, więc poszliśmy tam. Gdy znaleźliśmy miejsce nadające się do łapania stopa pojawił się problem, jak przebiec przez cztery pasy ? Ale i to się udało. W dodatku gdy przebiegaliśmy na drugą stronę 15 m. dalej zatrzymał się młody facet i zaproponował podwiezienie. Potem wysadził nas na tankszteli, gdzie spotkaliśmy Polski konwój jadący do Kosowa, ale nie chcieli nas wziąć. Około 12.20 zatrzymał się obok nas facio w terenowej Toyocie, którego nigdy nie posądzałbym o to, że mógłby zabrać autostopowiczów. Autko jak marzenie, skórzana tapicera itp., jednym słowem zajebicho.. On też wysadził nas na tankszteli, gdzie zabrała nas para, starsza może o 5-8 lat. 4 osoby wraz z bagażami weszły do Garbuska!!!! Zawieźli nas do Grazu, ale nie wysadzili na tankszteli tylko zawieźli do centrum : ( Stamtąd było ciężko się wydostać, ale spotkaliśmy dwóch młodych ludzi w furgonetce, którzy mimo, iż mieli nie po drodze postanowili nas zabrać na tanksztelę na autostradzie w kierunku Grazu. Tam zatrzymał się nam facet w Toyocie Lexus. Facet dowozi nas do Klagenfurtu i tam rozpoczął się koszmar, nie wiedzieliśmy jak się stąd wydostać. Przeszliśmy najpierw około 1 km i tam gdzie znów zaczynała się autostrada próbowaliśmy złapać stopa, ale nie udało się. Więc postanowiliśmy iść znów wzdłuż autostrady, ale nie było szans, nawiasem mówiąc dobrze, że tam nie poszliśmy. Potem wpadłem na pomysł by iść drogą wzdłuż autostrady ale po około 200 m. zwątpiliśmy. Powrót na skróty okazał się być czymś niepotrzebnym. Nie dość, że chodziliśmy po dziurach to jeszcze musieliśmy przeskakiwać przez płotek odgradzający autostradę od reszty świata. W końcu wróciliśmy na miejsce gdzie na początku próbowaliśmy złapać stopa. Zdecydowaliśmy się jeszcze pomachać i zdarzył się cud, jeden z pierwszych przejeżdżających samochodów zatrzymał się i kierujący nim dziadek zaoferował dowiezienie do tankszteli przed granicą AUT-ITA. Jak się okazało facet ten był dla nas zbawieniem, gdyż wydostaliśmy się z pieprzonego Klagenfurtu. Żeby był śmiesznie gdy dojeżdżaliśmy do tankszteli zauważyłem kantor i zaczęliśmy z Olą (moją współtowarzyszką podróży) mówić o pieniądzach, nasz zbawiciel chyba coś z tego zrozumiał i ku naszemu zdziwieniu wyjął z portfela 100 szylingów i bez niczego włożył mi je do ręki. Nie chciałem ich brać ale rozsądek wziął górę nad zasadami i wziąłem je dziękując serdecznie. Od razu kupiliśmy wodę i jabłka i zjedliśmy wieczorny posiłek. Próbowaliśmy znów znaleźć miejsce do spania ale nie było gdzie. Mieliśmy się pofotosić, bo obok była fajna górka, ale przełożyliśmy to na dzień następny. Gdy tak chodziliśmy i szukaliśmy miejsca do spania, wpadliśmy na pomysł by znów spróbować pomachać do wyjeżdżających samochodów. I mimo, iż było około 21 zatrzymał się facet czerwonym Citroenem, jechał z Wiednia do rodziny, gdzieś koło Wenecji, na powitanie dał nam wody i Red Bulla. Podróż upłynęła bardzo przyjemnie, cała droga to rozmowy o polityce. W końcu facio zaproponował mi dwie szkoły w Paryżu i Wiedniu. Gdy dowiózł nas na miejsce dał wizytówkę i poprosił bym napisał (cóż studia za granicą wyglądają zachęcająco). W związku z tym, że było około 23 rozbiliśmy namiot na najbliższym trawniku i położyliśmy się spać.


Następna strona

Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański