www.webd.pl
     

 
 

Włochy autostopem '99

Niedziela 4 lipca 1999r
Wstaliśmy wcześnie - około 5, a o 6 już łapaliśmy stopa. Dość szybko zatrzymał się facet Seatem, taki śmieszny, był zawodowym kierowcą. W sumie nie jechało się źle, ale może byłoby lepiej gdybyśmy rozumieli co facet do nas mówił - tylko po włosku. W ten oto sposób pokonaliśmy kolejne kilkadziesiąt kilometrów. Następna tanksztela i znów ten sam scenariusz - Ola macha, a ja rozmawiam. Choć tu po raz pierwszy to ja zatrzymałem samochód, był to chopek starszy ode mnie może o kilka lat, a co najważniejsze swoim Fiatem Ducato przewiózł nas prawie przez całe Włochy. Wysadził nas przed Piacenzą. Jazda była milutka, dużo rozmawialiśmy o Włochach, ale tu po raz pierwszy usłyszałem o problemach jakie mogą nas spotkać w Genui, ze strony Albańczyków, Tunezyjczyków, Senegalczyków i innych ...czyków zajmujących się narkotykami i prostytucją. Szczególnie kazano mi uważać na Olę, gdyż jako ładną kobietę mogło jej grozić niebezpieczeństwo. W końcu około 9 wylądowaliśmy na następnej tankszteli, gdzie nasz kierowca kupił nam wspaniałe, gorące rogaliki i Cappucino, wszystko smaczne ale zajebiście drogie, z własnej kieszeni z pewnością bym tego nie wyłożył. Tam oczekiwaliśmy na transport około 4 godzin, w końcu wcisnęliśmy się jakiemuś młodemu turyście do jego Toyoty, i znów przejechaliśmy kilkadziesiąt kilometrów. Gdy opuściliśmy ten samochód do Genui pozostało nam około 70 km. Po około 30 min. Zatrzymał się chopek, który co prawda do Genui nie jechał ale nas do niej zawiózł. On także ostrzegł nas przed wszystkimi ..czykami. Udaliśmy się w stronę centrum, po drodze spotkaliśmy policjantów, z których na szczęście jeden mówił po angielsku i dowiedzieliśmy się jak odnaleźć informację turystyczną i jak dotrzeć na Via Garibaldi, gdzie mieliśmy spotkać resztę ekipy. W końcu znaleźliśmy Aquarium i informację turystyczną, gdzie zaopatrzyliśmy się w mapę miasta i potrzebne informacje. Negatywnym bodźcem był wygląd sklepów, zamkniętych i zabarykadowanych. Poza tym ludzi w miarę nie budzących niepokoju było jak na lekarstwo. W końcu przy pomocy kibica Sampdorii dotarliśmy na ulicę Garibaldiego, na około 60 metrowym odcinku było może 15 ludzi. Ogólnie miasto nie sprawiło przyjaznego wrażenia, było jakieś dziwnie puste, ale to pewnie z powodu niedzieli. Warte zwiedzenia na pewno jest Akwarium, obok znajduje się replika jednego ze statków Krzysztofa Kolumba. O 17 na spotkanie nikt nie dotarł więc stosując się do przychylnych rad postanowiliśmy nie spędzać nocy w Genui tylko udać się do jednego z sąsiednich miasteczek. Wybór padł na Varazee. Dotarliśmy tam pociągiem za 4200 lirów. Przy okazji spotkaliśmy grupkę młodych Włochów, którzy za wszelką cenę starali się dowiedzieć skąd jesteśmy. Długo nie umieli zgadnąć. Dopiero przy naszej pomocy, mocno zdziwieni, zgadli. Verazze to typowe miasteczko turystyczne, dużo kawiarenek i turystów. Po raz pierwszy zauważyłem, że przeważali tam turyści w wieku 60 lat. Szukaliśmy wolnej darmowej plaży. W końcu znaleźliśmy 15 metrowy odcinek i zanurzyliśmy swoje ciała w morzu Śródziemnym. Niedługo potem zaczęliśmy myśleć o znalezieniu miejsca na nocleg. Udaliśmy się w stronę portu (zachodnia część zatoczki), tam znaleźliśmy miejsce, w którym postanowiliśmy spędzić noc. Zanim to nastąpiło wykąpaliśmy się w ciepłym, czystym, ale zajebiście zasolonym morzu. Znaleźliśmy do spania fajne miejsce, ale po 2 godzinach musieliśmy je opuścić, z powodu przypływu, to samo zresztą stało się z miejscem następnym. Udało nam się jednak przespać tę noc w spokoju. Miejsce godne polecenia na parę dni odpoczynku, jeśli jest się w podróży. Miło, cicho i spokojnie, a ceny bardzo przystępne.

Poniedziałek 5 lipca 1999r
Wstaliśmy około 4.30. Kiedy posililiśmy się i popakowali do dalszej drogi okazało się, że do planowanego wyjazdu do Genui pozostało około 4 godzin. Spędziliśmy je na kąpieli w morzu.. O 11 udaliśmy się w kierunku dworca, po drodze zahaczyliśmy o supermarket, gdzie zaskoczyły nas w miarę przystępne ceny. Szybkie śniadanko między palmami z widokiem na morze i dalsza wędrówka. Jeszcze przed wyjazdem odwiedziliśmy informację turystyczną i dryndnęliśmy do domu. W znakomitym nastroju udaliśmy się do miasta Genui w celu znalezienia reszty ekipy. Przed pomnikiem Krzysztofa KolumbaGdy dotarliśmy na miejsce miasto to wyglądało zupełnie inaczej, dużo ludzi, otwarte sklepy, wszystko inne. Gdy dotarliśmy na miejsce spotkania (muzeum) znaleźliśmy tam kartkę papieru, przyczepioną przy tablicy obok drzwi wejściowych z podpisem jednoznacznie świadczącym, że ktoś z naszych znajomych już tu był. Dołożyliśmy autografy i informację, że też już jesteśmy i zgodnie z napisem mając czas do 21 udaliśmy się na miasto. Trochę łażenia i fotoszenia sprawiło, że czas dość szybko minął. Wróciliśmy tam o 17, ale nikogo nie było, potem udaliśmy się w okolice fontanny, gdzie siedzieliśmy do czasu, aż nie zaczęli się tam spotykać dość podejrzani ludzie. Grupa ludzi siedziała na fontannie, jeden z nich miał notesik i co chwilę ktoś do niego podchodził. Dawał pieniądze a ich szef coś skrupulatnie odnotowywał w notesie. Więc wróciliśmy na ulicę Garibaldiego pod muzeum i zrobiliśmy kartkę z mapką gdzie jesteśmy w Verazze i informacją jak do nas dotrzeć. Około 20.35 udaliśmy się znów na miejsce spotkania, trochę zdziwiliśmy się, gdy okazało się, że naszych kartek nie ma. W czasie gdy zaczęliśmy pisać następne w oddali usłyszeliśmy w ojczystym języku "piszą następne kartki". Była to dwójka naszych znajomych i to oni zostawili tę kartkę dzień wcześniej. Dowiedzieliśmy się, że dotarli tam w Niedzielę i o 21 się tam spotkali, więc gdybyśmy zostali to też byśmy ich spotkali. Dowiedzieliśmy się, że jeszcze dwie osoby czekają na nas w Lavagni, a oni przyjechali po nas. Ich morale było nieciekawe, najlepiej skomentują to najczęściej powtarzane słowa: chujoza, przejebane.....Oni mieli wrócić stopem a ja z Olą udaliśmy się na pociąg. Musieliśmy czekać na peronie 1,5 godziny. Na dworcu zdarzył się miły akcent. Siedzimy zmęczeni aż tu nagle ktoś obok nas puścił z magnetofonu Metallicę. Wkrótce nadjechał pociąg, do Lavagnii. Na miejsce dotarliśmy o 1.30 znaleźliśmy znajomych na plaży. Dwójka z Genui nie dojechała, więc położyliśmy się spać, mimo, iż zajebiście wiało a na morzu był sztorm.

Poprzednia strona Następna strona


Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański