Przed wyjazdem

Pomysł wyjazdu stopem do Maroka zrodził się w mojej głowie gdzieś w połowie lutego (2k). Od tamtego czasu przeglądałem regularnie grupę pl.rec.travel i strony www poświęcone autostopowi (przede wszystkim AutostopTravel, aktualnie autostop.hoga.pl). Tak "poznałem" Michała Woźniaka i podzieliłem się swymi planami. Pomysł chwycił. Liczba osób, które miały jechać wahała się początkowo od dwóch do sześciu. W końcu cztery osoby (Gosia z Wrocławia, Waldek i Michał z Gdyni i ja (Ruda Śląska - Kochłowice)) spotkały się w Belsku Mazowieckim na tydzień przed wyjazdem (foto). Ostatecznie wyjechało 5 osób (dołączył jeszcze Tomek, też z Gdyni).
No to w drogę Z domu wyjechałem 10 lipca. Pierwsze problemy zaczęły się już we Wrocławiu, jakoś nie mogliśmy się spotkać. Udało nam się to dopiero na przejściu w Zgorzelcu. Tam też napotkaliśmy kolejne trudności: Waldek miał uszkodzony paszport a Gosia źle wystawioną wizę do Maroka. Na szczęście udało się nam przekroczyć granicę, choć przejście przez Goerlitz zajęło nam chyba ze 3 godziny. Następnego dnia podzieliliśmy się: Michał miał jechać z Gosią, Tomek ze mną a Waldek sam. Niestety mieliśmy tylko dwa namioty i Waldek musiał sobie jakoś inaczej radzić przez te parę dni, co wcale nie było przyjemne ze względu na kiepską pogodę. Ale co to dla niego, nie w takich warunkach już jeździł stopem.
Po jakiejś godzinie stania zatrzymał nam się pierwszy samochód z Polakiem za kierownicą. Jechaliśmy z nim do samego Frankfurtu nad Menem. Tam był mały kłopot z dostaniem się na odpowiednią autostradę, ale po paru krótkich stopach jakoś trafiliśmy (po drodze zaliczając lotnisko). Tego dnia dojechaliśmy do Karlsruhe, i tam zatrzymaliśmy się na noc. Następnego dnia okazało się, że na tej samej stacji benzynowej, na której spaliśmy, nocował też Waldek, w dodatku w samym śpiworze, a w nocy padało. Złapaliśmy w trójkę stopa do Freiburga. Tam było już trochę gorzej. Po paru godzinach stania złapaliśmy stopa (już tylko Tomek i ja) na granicę niemiecko-francuską w Mulhouse. Przez pomyłkę gościa wylądowaliśmy na jakimś zadupiu we Francji (na szczęście po chwili się wrócił i zawiózł nas na główne przejście). Staliśmy w deszczu i po dwóch godzinach złapaliśmy stopa pod Lyon. Jechaliśmy z Francuzem, który stopem zwiedził kawał świata, był m.in. w Wenezueli i w RPA. Spaliśmy na ogromnej stacji benzynowej na skrzyżowaniu autostrad A7 i A47 pod Lyonem. Jest prawdopodobnie nowa, bo nie ma jej zaznaczonej na mapie z Makro i o tyle ciekawa, że są na niej darmowe, gorące prysznice. Przed snem oglądaliśmy fajerwerki z okazji zburzenia Bastylii (a może z okazji moich urodzin?). Niestety, jak na większości francuskich stacji, nie można było kupić piwa (
co autor ciężko przeżywał- dop. korektorki). Następny dzień to kompletna klapa. Lało cały czas, chwilami naprawdę mocno, więc mieliśmy już wszystkiego dosyć. Stopa złapaliśmy dopiero o 6 wieczorem, do Awignonu. Tam było trochę lepiej i po pół godzinie machania pod Awignonem jechaliśmy do Montpelier. Na wylocie ze stacji benzynowej (w Montpelier) spotkaliśmy parkę z Polski. Dziewczyna (sorry, ale zapomniałem imienia) była z Gdyni i nawet chodziła z Tomkiem do tego samego liceum.
Następnego dnia wyszliśmy łapać o 8.30, bo mieliśmy już minimum jeden dzień spóźnienia. Nareszcie zrobiło się ciepło. Ale zapowiadało się znowu pechowo, staliśmy jak te kołki (może trzeba było machać -dop. k.) i patrzyliśmy na przejeżdżające samochody. Kiepsko z łapaniem, bo był długi weekend i wszyscy byli załadowani na maxa. Po 6 (słownie sześciu) godzinach stania złapaliśmy pusty autobus. Facet zawiózł nas do samego centrum Perpignon. Mieliśmy tam umówione spotkanie z resztą "wycieczki". Po paru dniach spędzonych na bezalkoholowych francuskich stacjach benzynowych miałem strasznego smaka na piwo. Po długich poszukiwaniach tego złocistego napoju udało mi się wreszcie znaleźć malutki sklepik prowadzony przez Marokańczyka i piwo- drogie, bo po 8,5 Franka. Piłem je sobie potem pod katedrą i czekałem na resztę. Gdy wszyscy już dotarli, w supermarkecie (w samym centrum) kupiłem 10 piw (0,25 l) za 15 Fr- całkiem przyzwoita cena, i zrobiliśmy małą imprezkę w parku. Okazało się że Gosia z Michałem zdążyli już się kąpać w Oceanie (foto). Po popijawie poszliśmy spać w jakichś chaszczach za miastem. Kolejny dzień - niedziela. Wszystkie supermarkety (a na obrzeżach miasta jest ich sporo) są zamknięte, niestety nie pomyśleliśmy o tym (
tia, nie to co u nas...dop. k.). Dzielimy się, kto jak jedzie: Tomek z Waldkiem, Gosia z Michałem, a ja sam.
Przez pustynną Hiszpanię
Pierwszym stopem pojechaliśmy w trójkę (Waldek, Tomek i ja), ale tylko do peage'u w Hiszpanii. Po jakieś godzinie stania pojechałem z Belgami do samej Barcelony. Tam wypiłem sobie piwko słuchając dobrego, starego bluesa na Ramblach (grali na tarce i starym pianinie). Potem poszedłem pooglądać śpiewające fontanny (foto).

Od mojego ostatniego pobytu w Barcelonie zmieniły się godziny, w których trwa ten show. Teraz (lipiec 2k) zaczyna się o 21:30 i trwa do ok. 23:30, ale są wkurzające przerwy. Spałem w krzakach obok stadionu olimpijskiego, a rano... niespodzianka - obudziła mnie fontanna wody ze zraszaczy trawy. Po zwiedzeniu zamku (z zewnątrz) ruszyłem na spotkanie pod pomnik Kolumba. Okazało się, że miejsce, które wybrałem do spania nie było znowu takie złe, Tomek na przykład na plaży o mało nie pozbył się plecaka. Po skonsumowaniu paru piw i zwiedzeniu Sagrady Familii wsiedliśmy w metro (150 peset) i pojechaliśmy najdalej jak się da na północ. Kolejna noc. Spaliśmy w parku bez namiotów, a rano znowu spryskiwacze. Na szczęście załączane manualnie i obsługa dała nam czas na śniadanie i spakowanie się. We wczorajszym losowaniu "kto z kim jedzie" wyszło, że Gosia będzie tym razem z Tomkiem, ja z Waldkiem, a Michał sam.
Miejsce trafiło nam się straszne, więc poszliśmy szukać jakiegoś lepszego. Zajęło nam to dobrą godzinę, za to złapaliśmy stopa w czwórkę. W samochodzie piwko i Santana na ful. Gościu stanął na stacji benzynowej, ale tylko po to, by uzupełnić zapas piwa. Wyszliśmy za Tarragoną. Po nieudanej próbie łapania przy wjeździe na autostradzie na nacjonalce złapaliśmy autko bez problemu (już w dwójkę). Jechaliśmy dostawczym i nawet dało się porozumieć we "wspólnej mowie". Następny stop to stare Renault 4, my w dwójkę mieliśmy się zmieścić z tyłu razem z plecakami. Nie ujechaliśmy daleko, bo wehikuł się przegrzał. Teraz zabrały nas Cristina i Sonja spod Frankfurtu. Zwiedzały sobie Europę Golfem. Atmosfera zaczęła się podgrzewać (oho, zaczyna się robić ciekawie J- dop. k.) Przejeżdżając przez Valencję kilka(-naście?) razy gubiliśmy się, nawet policja nie wiedziała jak możemy się wydostać na drogę wylotową. W końcu udało nam się jakoś dostać pod camping w El Saler. Miejsce naprawdę ciekawe - w środku parku narodowego, z jednej strony morze, a z drugiej jezioro.

Mała imprezka: piwo, wino, tequilla, gitara, śpiew... (foto). Po trzeciej idziemy spać- osobno. Rano kąpiel w morzu, pranie i przychodzi czas się pożegnać. Słońce strasznie pali, trzeba nam piwa. Kupiliśmy w najbliższym supermarkecie za 200 peso. Kilka stopów i jesteśmy w Gandii, gdzie mamy kolejne spotkanie. W Lidl-u kupiliśmy znowu piwka, tym razem po 27 peso sztuka. Uczciliśmy moje urodziny (trochę spóźnione, ale to nic). Jedliśmy tort, popaliliśmy sobie (co, nie powiem-ale dyskrecja he he- dop. k.) i popijaliśmy złocistym napojem (
dla niezorientowanych- chodzi oczywiście o piwo ;) - dop. k.) . Wieczorem zwiedzanie Gandii (w sumie nic specjalnego) i droga na plażę (strasznie daleko). Tam spaliśmy "pod chmurką" (
za to na ciepłym piasku- dop. k.) a następnego dnia byczyliśmy się na plaży do pierwszej. Potem do centrum i obiad pod supermarketem. Znowu losowanie - teraz Gosia jedzie z Waldkiem, Tomek z Michałem, a ja sam. Złapałem parę stopów, ale same krótkie. Przy okazji dostałem 1000 peset od gościa, który nie znał słowa po angielsku. Chyba chciał, żebym je zmarnował na autobus. Minąłem się po drodze z Gosią i Waldkiem. Noc złapała mnie na stacji benzynowej, ale poszedłem spać do pobliskiego ogrodu pomarańczowego. Rano jechałem m.in. z Czechem, który mieszkał w Hiszpanii i wreszcie mogłem się z kimś dogadać. Później starą, zdezelowaną Alfą- dorzuciłem się gościowi na autostradę. Pod Murcją stałem w okropnym słońcu. Kończyła mi się woda, a krajobraz był naprawdę pustynny. Po dwóch godzinach złapałem stopa do Lorci. Tam znowu ciężko. Termometr pokazuje 38°C (o 7 wieczorem). Półtorej godziny stania i przejechałem kolejne 15km, do skrzyżowania autostrad (nacjonalek). Po chwili jechałem ze studentami. Trochę mnie dziwiło, że prawie w ogóle nie znali angielskiego. Przejeżdżaliśmy przez ciekawe górki (dla niezorientowanych- dla autora "górki" to wszystko co ma poniżej 4 tys. m -dop. k.), mijaliśmy jaskinie, w których do tej pory mieszkają ludzie. Wyszedłem pod Granadą. Próbowałem się dostać do centrum, ale zaczęło się ściemniać więc położyłem się spać na stacji benzynowej. Następnego dnia doszedłem do wniosku, że odpuszczę sobie Grenadę (i tak nie widać Sierra Nevada), bo pewnie jestem już spóźniony. Kolejne auto i szok- pierwszy raz słyszałem w Hiszpanii w samochodzie disco. Zdziwiło mnie to tym bardziej, że gościu, który prowadził był informatykiem, a to gatunek raczej nie lubiący takich klimatów. Z przedmieść Malagi pojechałem do centrum autobusem (125 peso), ale można bez problemu iść pieszo (max. 45 minut). Poszedłem pod katedrę. O umówionej godzinie nikogo nie było, co mnie trochę zaskoczyło- byłem pewien, że przyjadę ostatni. Zwiedziłem sobie Alcazabę- e tam, myślałem, że będzie ciekawsza. Spałem w krzakach w parku. Rano wykąpałem się w wodzie z 1,5 litrowej butelki. Potem udało mi się dostać do katedry za darmo (była niedziela, normalnie 300 peso). Przed kościołem przyczepił się do mnie żul. O 12 przyszli Michał z Tomkiem. Żul zjadł mój okropny dżem (uważajcie, co kupujecie we Francji) i polski paprykarz. Poszliśmy szukać jakiegoś otwartego supermarketu. Okazało się to prawie niewykonalne, ale od czego szczęście- w końcu udało nam się znaleźć jeden zaraz koło plaży (piwo 1 litr za 100 peso, z lodówki, można płacić kartą elektroniczną). Słucham o przygodach chłopaków - spali wczoraj na plaży i Michał "pozbył się" drobnych z plecaka (było tego całkiem sporo). Usadowiliśmy się wygodnie na plaży i byczyliśmy się, jedyny wysiłek na jaki sobie pozwoliliśmy było bieganie co chwilę do sklepu (
a w krzaczki nie? - dop. k.). Wieczorem poszliśmy znaleźć jakieś ciekawe miejsce na imprezę. Zapytane Niemka i Hiszpanka skierowały nas na jakiś plac, na którym jednak prawie nie było ludzi. Po chwili zjawiły się też zdziwione brakiem tłumów. Niestety, szybko się zwinęły. Błąkaliśmy się trochę i spotykaliśmy dwie Holenderki.

Właściwie to jedna pochodzi z Maroka, a druga ma paszport chorwacki. Jest ciekawie. Jeżdżą sobie po Europie pociągami na bilecie Interrail. Czas szybko zleciał (foto). Przespaliśmy się 2 godzinki pod dworcem kolejowym, potem one pojechały dalej pociągiem do Sewilli, a my poszliśmy okupować wejście do supermarketu. Zostało nam jeszcze 2,5h do otwarcia, więc rozłożyliśmy się na karimatach, ale przegoniła nas obsługa (
czyżbyście psuli klientom widok??- dop. k.). W końcu zrobiliśmy zakupy, a na śniadanie - prawdziwa uczta - jajecznica z cebulką i kiełbasą. Potem zajęliśmy nasze wczorajsze miejsce na plaży i próbowaliśmy się zdrzemnąć. Po 2 godzinach miałem już dość tego miejsca, więc poszliśmy do parku zrobić sobie kawę. Nareszcie przyjechali Gosia z Waldkiem. Jedziemy dalej, w takim układzie jak poprzednio- czyli ja znowu sam. Dla zdopingowania drużyny ten, kto przyjedzie pierwszy ma dostać od reszty po piwie. Z łapania nic mi nie wychodziło, więc położyłem się spać pod palmami, obok autostrady. Rano szukałem lepszego miejsca i zatrzymałem gościa po drodze. Na stacji benzynowej dostałem dużą kawę z ekspresu ciśnieniowego (
tia, i za granicą można spotkać dobrych ludzi J - dop. k.). Jeszcze jeden stop i byłem w Algeciras. Odnalezienie biura turystycznego (naszego punktu zbiórki) zajęło mi 1,5 godziny, ale i tak byłem pierwszy. Po następnej 1,5 godziny przyszli Gosia z Waldkiem. Jedliśmy 2 zupki chińskie z jednej menażki, robiąc przy tym sporo hałasu. Niedługo później zjawili się Michał z Tomkiem. Jakiś dobry człowiek dał nam miskę z frutti di mare (pewnie widział jak biliśmy się o makaron z "chińczyka"). Cała nasza piątka się najadła do syta. Załatwiliśmy wizy dla Gosi i Tomka (bez problemu, ok. 75 zł) i kupiliśmy bilety na prom (3500 peso w dwie strony). Mieliśmy farta, bo udało nam się załapać na ostatni (20:30).
Część środkowa i Kraj Basków w drodze powrotnej
Północno-zachodnia Hiszpania w relacji Wakacje A.D. 2001