Afryka
Na promie byliśmy prawie sami (foto), więc bez większego skrępowania ugotowaliśmy sobie następne zupki. 1,5 godziny... i jesteśmy w Afryce! - choć jeszcze w Hiszpanii (Ceuta to kolonia hiszpańska). Rozbiliśmy namioty na plaży. Pobudka o 11 (to w końcu wakacje -
szybko się zorientowali, nie ma co - dop. k.), zakupy w supermarkecie, śniadanko, telefon do domu (
"Cześć mamo! dzwonię z Afryki"- działa "Poland direct") i uderzyliśmy w stronę granicy. Po drodze wykąpaliśmy się na plaży z krystalicznie czystą, lodowatą wodą i gorącymi prysznicami. Przejście (od strony Hiszpanii) dzieli się na część dla Marokańczyków i dla reszty świata. W naszej części jest całkiem spokojnie, nawet miło. Wypełniliśmy niezbędne formularze, wymieniliśmy pieniądze i po chwili byliśmy już w Maroku.
Maroko - pierwsze starcieOd razu otoczyli nas naganiacze. Próbowaliśmy ich odpychać, ale niezbyt nam to wychodziło. W końcu zdecydowaliśmy się na taxi do Tetouanu po 20 dirhamów od łba (1 dh = 0,45 zł, stan z lipca 2k). W taksówce (stary mercedes beczka) mieści się oprócz nas piątki i kierowcy jeszcze jeden facet. W samochodzie miło spędziliśmy czas rozmawiając o różnicach kulturowych (zdziwiło nas, że gościu nawet radził sobie z angielskim-
autor chyba uważa, że jest to przywilej wyłącznie polskich informatyków- dop. k.). Po wyjściu z taksówki zostaliśmy zaproszeni na herbatę miętową (mintee). Jest to dziwny napój składający się głównie z cukru, później z wody, zwykłej herbaty i duuużej ilości świeżych liści mięty. Wylądowaliśmy u gościa w domu, który nie odbiegał zbytnio od naszego wyobrażenia o arabskich mieszkaniach (ogólny syf). Z początku atmosfera była miła, piliśmy, paliliśmy, ale później facet zaczął mówić, że on sprzedaje to, co paliliśmy i że musimy kupić. Zrobiło się groźnie jak przyprowadził swoich znajomych (2 metry wzrostu i 1,5 w barach). W końcu kupiliśmy nie za dużo za strasznie dużo.

Po wyjściu z tego przybytku wszystkim się trzęsły nogi. Próbowaliśmy znaleźć gościa, z którym Gosia z Waldkiem jechali stopem (dał im adres w Tetouanie). Pomagało nam pół miasta. W końcu znaleźliśmy - w samym centrum miasta. Większość z tych, co nam przed chwilą pomagali teraz żądała zapłaty, ale olaliśmy ich. Weszliśmy do dużego mieszkania, nieźle urządzonego (oczywiście po arabsku, ale czyściutko). Rozmawialiśmy z żoną naszego Yosefa, co nie wychodziło nam najlepiej, bo ona zna tylko parę słów we "wspólnej mowie", a my po francusku, czy hiszpańsku ani w ząb. Po chwili przyszedł Yosef. Lekko się zdziwił, że jest nas piątka, a nie dwójka. Piliśmy mintee i rozmawialiśmy. Później zwiedzaliśmy Tetouan nocą (foto) i pojechaliśmy nad morze samochodem (oczywiście po marokańsku - z przodu trzy osoby, z tyłu 4).

Przy plaży zjedliśmy kolację (na koszt Yosefa - sandwich z frytkami i baraniną), a później przypaliliśmy sobie. Ciekawy był stosunek Yosefa do używek. Przy rodzinie w Maroku nie pije i nie pali, przy nas ewentualnie trochę może trochę zabalować, a dopiero we Francji (Yosef mieszka w Paryżu) pije i pali niczym się nie ograniczając. Również muzułmanie mieszkający w Maroku nie za bardzo przejmują się zakazami picia alkoholu. Do Tetouanu wróciliśmy po trzeciej. Spaliśmy w ogromnym pokoju gościnnym, na kanapach. Rano śniadanko i zwiedzanie mediny, która zrobiła na nas kolosalne wrażenie (foto).

Wszędzie syf, strasznie ciasne uliczki, pełno ludzi i głowy kozłów wiszące na straganie rzeźnika. Wszyscy Cię zaczepiają, chcą coś sprzedać, albo po prostu proszą (czasem bardzo nachalnie) o pieniądze. Wypiliśmy też sobie mintee w herbaciarni w centrum (foto). Ludzie patrzyli na nas trochę dziwnie. Jak ktoś z Europy może zapuszczać się w najgłębsze zakamarki mediny i pić z Arabami herbatę miętową? Zwłaszcza, że my piliśmy mintee dla samego jej smaku, a oni jako dodatek do palenia.
Jadąc wybrzeżemNo, ale czas było jechać dalej, tym razem dla urozmaicenia autobusem. Bilet kosztuje tylko 13 dh. Sam pojazd lekko syfiasty, ale i tak lepszy od polskich PKS-ów. Jazda do Tangeru zajęła nam 2,5 h. Próbowaliśmy znaleźć dworzec kolejowy, ale okazało się, że leży poza miastem (zależnie od wersji, od 3 do 7 km). To pierwsze poważne uchybienie, jakie udało nam się znaleźć w przewodniku Pascala. W szybkim tempie zwiedziliśmy Tanger, który wydał nam się o wiele bardziej spokojny niż Tetouan (mimo, iż wszędzie pisali, że to Tanger jest bardziej szokujący dla Europejczyków). Podrałowaliśmy z powrotem na dworzec autobusowy, żeby się dowiedzieć, że o 7 wieczorem nie ma już żadnego autobusu do Asilah.

Złapaliśmy taxi za 23 dh od osoby. Taksówkarz mówił po niemiecku (!). Na miejscu poszliśmy na camping, bo trzeba było zrobić gdzieś pranie (camping 15dh od osoby + 15-25 za namiot). Paliliśmy sobie, był niezły nastrój. Następnego dnia zrobiliśmy wielkie pranie, potem na plażę (nad ocean) i zwiedzanie Asilah. Miasteczko jest całkiem ciekawe: białe, czyste domy, masywne mury obronne (foto). Znaleźliśmy kafejkę internetową i wciągnęło nas na 2 h (nie płaciliśmy, bo była promocja, ale normalnie 10dh/godz., szybkość zerowa) Na plaży rozmawialiśmy z marokańskim Francuzem. Postawił nam jakąś zupę, była nawet ciekawa w smaku, ale Michał miał potem przeboje żołądkowe. Później z tym gościem paliliśmy i piliśmy mojego Jegermeistera, który miał być na wyprawę w góry, przeciw amebie. Kolejny dzień zaczął się o 6 rano. Pobudkę zrobił nam stróż budowy, na której rozbiliśmy namioty. Przenieśliśmy się na plażę. Spaliśmy jeszcze trochę, później pływaliśmy, ale było pełno glonów. Próbowaliśmy się wydostać z Asilah, a że było już grubo po południu, więc najpierw poszliśmy na dworzec kolejowy. Następny pociąg do Meknes był za półtorej godziny, więc poszliśmy sprawdzić na dworzec autobusowy. Tam czekaliśmy do 6 wieczorem, ale bilet kosztował 45dh a nie 68 (za pociąg z przesiadką). Przy wchodzeniu do autobusu musimy jeszcze zapłacić za bagaż. Utargowaliśmy z 10dh/osoby na 20dh za wszystkich.
Królewskie miasta
Do Meknes przejechaliśmy w nocy. Usilne poszukiwania miejsca do spania nie przyniosły skutku (wszędzie albo cmentarz albo wysypisko śmieci). Wreszcie jacyś goście zawieźli nas na camping, który miał być darmowy. Na miejscu to on taki darmowy już nie był. Kierowaliśmy się w stronę wyjścia, jak przyczepił się do nas jakiś dziwny facet. Udało nam się załapać na camping za 10dh/osoby, ale gościu kupił nam jeszcze po dwa piwa,(co prawda nie najlepszej jakości), no i było palenie. Wstaliśmy o 8 rano. Przy porannej toalecie pozbyłem się maszynki do golenia i dezodorantu, bo nasz dobroczyńcza sobie pożyczył, ale nie raczył oddać. Udało nam się jakoś wydostać z campingu, choć były małe kłopoty. Śniadanie zrobiliśmy sobie w restauracji, pijąc mintee i cafe au lait.

Zwiedziliśmy medinę, która nie zrobiła na nas specjalnego wrażenia. W dodatku zaczęły się teksty o tym, że w Maroku jest drogo (przede wszystkim woda -2,5 zł i przejazdy), a poza tym jest tu syf. Po dłuższej rozmowie zdecydowaliśmy się podzielić. Ja z Michałem zostajemy, reszta wraca do Europy . Najpierw jednak, jeszcze razem, jedziemy zwiedzić rzymskie ruiny w Volubilis. Autobus kosztował 5 dh (nie do samego Volubilis, ale gdzieś 1,5 km przed). W wiosce kupiliśmy wodę za 6dh (normalna cena to 5dh) i chleb za 2 (normalnie 1,2 dh). Same ruiny trochę nas rozczarowały (foto), tym bardziej, że wstęp kosztował 20dh. Rozbiliśmy obóz pod ruinami, w korycie wyschniętej rzeki. Zrobiliśmy ognisko i paliliśmy towar kupiony u Berbera w wiosce. Rano zrobiliśmy zakupy w osadzie położonej wyżej (właściciel składu na dole usilnie nas przekonywał, że u góry nie ma żadnego sklepu). Jest trochę taniej, chleb kosztuje 1,5dh, wody niestety nie mają. Ale przyzwyczailiśmy się już do marokańskiej wody (najpierw mieszaliśmy z kupioną). Mała dygresja: Są dwie główne marki wody do picia - Sidi Ali (pijalna) i Sidi Harazem (nie nadaje się do picia); czasami Sidi Harazem jest tańsza, ale rzadko. Złapaliśmy taxi do Meknes za 7dh/łebka. Za następne 2dh od osoby zajechaliśmy pod samą stację kolejową. Gosia, Waldek i Tomek mieli pociąg do Tangeru za 45 minut. My (ja i Michał) mieliśmy do wyboru pośpieszny za 150 dh albo osobowy do Casablanki a potem pośpieszny do Marrakeshu za 137 dh. Wybraliśmy to drugie połączenie i musieliśmy czekać do drugiej w nocy. Poszliśmy jeszcze na ostatnią wspólną mintee.