Jeszcze cztery dni przed wylotem nie wiedziałem czy uda nam się pojechać do Maroka. Przez poprzednie kilka miesięcy czytałem, pytałem i kombinowałem, żeby móc pewnego dnia znaleźć się na afrykańskiej ziemi. Początkowo mieliśmy zamiar pokonać całą drogę autostopem jednak czasowo byśmy się nie wyrobili. Zdecydowałem się więc skorzystać z usług biura TUI i wykupiłem przelot w dwie strony z Monachium do Alicante w Hiszpanii. No i tak się jakoś to wszystko szybko potoczyło, że chwilę potem byliśmy już w Maroku.
30.08.2003 - sobota
Początek wycieczki... O 13tej rozpoczyna się nasze kolejowe połączenie Cottbus-Monachium, a ponieważ mieszkam w małym miasteczku leżącym na granicy polsko-niemieckiej, to siostra nas wybawia i zawozi 30km do Cottbus. W pociągach spędzamy resztę całego dnia. Około 0:00 jesteśmy w Monachium. Udaje nam się trafić bezproblemowo, z dworca na pociąg komunikacji miejskiej, tzw. S-LINE, którą mamy dojechać do lotniska. W pociągu jednak okazuje się, że nie jedzie on do samego lotniska, a jedynie do dzielnicy Freising, więc będzie mały problem. Po chwili już widzimy, że nie zostaliśmy sami z naszym problemem. Na szczęście jakiś mężczyzna z dzieckiem załatwia taksówkę i po jakiś 20. minutach jedziemy na lotnisko. Niestety wiązało się to również z pierwszym nieplanowanym wydatkiem; zapłaciliśmy po 5euro.
31.08.2003 - niedziela
Śpimy troszkę na lotnisku, a rano szczęśliwie dolatujemy do Alicante w Hiszpanii. Na szczęście port lotniczy nie jest ogromny, więc szybko stajemy na stopa, żeby trafić na południe Hiszpanii, do Algeciras. Nie sprawdzają się wszelkie opowieści o trudnościach z łapaniem stopa w tym pięknym kraju. Tak więc dość szybko i sprawnie udaje nam się przemieszczać. W połowie drogi do Algeciras, udaje nam się złapać na stopa dwie dziewczyny jadące vanem właśnie do Algeciras. Tak więc szczęśliwi jedziemy na południe, licząc na to, że jeszcze dziś znajdziemy się w Maroku. Samochód poruszał się jednak dość wolno, a do tego, już blisko celu, zaczęło nam brakować paliwa, więc kierowca musiała spotkać się ze swoją mamą (która była akurat na wakacjach w Hiszpanii). Tak więc, przed samym zachodem słońca jesteśmy w Tarifie. Jest to takie małe miasteczko położone na maksymalnie południowym skrawku Hiszpanii. Śpimy spokojnie na ładnej i wietrznej plaży...
1.09.2003 - poniedziałek
Wstajemy dość wcześnie i szybciutko pokonujemy 20km na stopa do Algeciras. Na miejscu kupujemy bilety na prom i czekamy. Czekamy... czekamy... prom przypływa po jakichś 2 godzinach oczekiwania. No nic to... (wybierającym się do Maroka radzę kupić bilety w samym porcie, dowiadując się wcześniej o której wypływa prom danej firmy przewozowej). Prom przypłynął i zaczęli dosłownie wysypywać się z niego ludzie. Głównie sami Marokańczycy i trochę turystów. Samo wyjście z promu zajęło im ponad godzinę ! Na szczęście w końcu trafiamy na pokład i przez 2 i pół godziny płyniemy do Afryki.
Na miejscu, w Tangerze szybko znajdujemy dworzec autobusowy i jedziemy do Asilah (17DH/os). Muszę przyznać, że pierwsze kilka minut w Afryce, kiedy musieliśmy przejść z portu do dworca autobusowego wprawiło nas w niezły szok kulturowy. No i o to nam chodziło, podczas tej wyprawy: zobaczyć jak żyją ludzie na 'jeszcze starszym kontynencie'.

W Asilah rozbijamy namiot i idziemy pozwiedzać. Szybko wkręcamy się w wir ulicznych stoisk i sprzedawców. Robi to na nas ogromne wrażenie, bo mimo, że mieszkam przy granicy i bazary nie są mi obce, to jednak ten jest inny, większy, bardziej chaotyczny, głośniejszy... po prostu takie wszystko naj... :)
Dość szybko również trafiliśmy na przygodę, o której przeczytać można w każdym niemal przewodniku. Kupujemy melona i podbiega do nas jakiś dzieciak z reklamówką (myśleliśmy, że to jakiś pomocnik sprzedawcy). Ładujemy melona do niej i płacimy za niego. Dziecko widząc, że nie zapłacimy mu nic momentalnie zaczyna się drzeć i płakać bardzo głośno. Oczywiście jest to jego stary trick i zachowuje się tak w stosunku do większości turystów. My szybko zmywamy się z tego miejsca, słysząc jeszcze przez chwilę ryk dziecka. Wieczorkiem relaksujemy się w restauracyjce przy herbatce i jedzonku. Podczas wędrówki do campingu dziwimy się że o 23:30 na deptaku koło plaży jest jeszcze tyle dzieci z rodzinami. Jak się okazało następnego dnia, w rzeczywistości była dopiero 21:30