|
|
|
| |
2.09.2003 - wtorek
Wstajemy wcześnie i idziemy zwiedzić medyne. Zapuszczamy się w wąskie uliczki i chłoniemy każdy metr tego małego miasteczka.
Asilah to takie ciekawe miasteczko, nad oceanem atlantyckim, otoczone murami odgradzającymi medynę od oceanu. Zbudowali je portugalczycy, a dziś pełnią funkcję atrakcji turystycznej dla turystów, bowiem rozpościera się z nich piękny widok.
Kupujemy bilety do Marrakechu na autobus o 19:30 (150DH/1os.) i idziemy na plażę. Wypoczywamy trochę, mamy czas do 18. Ja jednak z ciekawości pytam o godzinę i jestem w szoku. Bo u mnie jest 16. a u kolegi 14. :-) Upewniam się i już jestem pewien, że dostaliśmy dwie godzinki w prezencie. Korzystamy z opalania i pływania, bo następną taką możliwość zaplanowaliśmy na kilka dni przed powrotem. Płacimy za camping i chcemy kupić jakieś owoce, jednak ceny okazują się większe niż w Polsce! Sprzedawcy zawyżają ceny dla turystów i nawet się targować nie chcą. Czekamy na autobus, po czym się okazuję, że on już stoi blisko, no i jakieś 200m musieliśmy biec z plecakami. Po wejściu do autobusu kolejny szok. Sami Arabowie i Berberzy. Oczywiście stanowimy niemałą atrakcję turystyczną w tym autobusie. W telewizorku lecą jakieś arabskie teledyski, coś na kształt naszego discopolo, dużo elektronicznych instrumentów i nienajlepszy śpiew. Potem jakiś program rozrywkowy. Cały autobus leje ze śmiechu. Śpimy trochę, aż w Casablance ok. godziny 2:00am budzi nas jakaś kłótnia trzy siedzenia za nami. Po chwili widzimy, że koleś ściąga buta i tłucze drugie przez jakieś 10 minut. Ryk, pisk dzieci i hałas bijących się ludzi trwa jakieś 15minut. Policja, ustalenia, o których nie mamy pojęcia i już możemy jechać dalej... Najprawdopodobniej chodziło o to, że jeden z pasażerów miał bilet, a drugi chciał go nabyć podczas podróży. Pomyśleliśmy sobie z Olą, że to niezła przygoda jak na 3. dzień w Maroku.
3.09.2003 - środa
Ok. 4:00am jesteśmy w Marrakechu. Brudno wszędzie, ale powoli się do tego przyzwyczajamy. Za pomocą Petit Taxi dostajemy się na Jemma el Fna. Tam błądzimy kilka chwil i przemykamy koło recepcji hotelowej do środka, gdzie koczujemy do świtu. Potem udaje nam się znaleźć hotelik, nienajtańszy, bo za dwójkę płacimy 100DH, ale obsługa jest bardzo miła, a poza tym reszta hotelów jest pełna. W pokoju śpimy do 12tej i idziemy pozwiedzać. Wyszliśmy na Jemma el Fna, zobaczyliśmy kawałek suków (suki, to po prostu ogromny bazar). Wszyscy oczywiście widzą, że jesteśmy turystami i namawiają do zakupów. Pogoda trochę dziwna była tego dnia, Ola poczuła się słabo, więc wróciliśmy do hotelu. Jak się okazało był to pierwszy objaw naszych problemów zdrowotnych. Po drodze kupiliśmy jeszcze winogrona za 5DH/500g, jednak gdy już odeszliśmy podbiegł do nas sprzedawca i dał nam jeszcze 2DH reszty. Bardzo uczciwy człowiek, zazwyczaj to tutaj się zawyża ceny dla turystów.
Po lekkim odpoczynku wróciliśmy zwiedzać miasto. Pod wieczór jest tutaj o wiele więcej ludzi. Jemma el Fna to cudowne miejsce, cudowny chaos, mnóstwo ludzi, mnóstwo mniej lub bardziej udanych artystów ulicznych. Wieczorem, po kolacji i porcji soku ze świeżo wyciskanych owoców wróciliśmy do hoteliku, bo samopoczucie Oli się znowu pogorszyło.
4.09.2003 - czwartek
Po śniadanku w pokoju wyszliśmy pozwiedzać południowe rejony starego miasta. Zwiedziliśmy grobowce Sadytów (10DH) ale nie były zbyt interesujące. Po drodze zaczepił nas berber i zaprosił na herbatkę do swojego domu. Skorzystaliśmy z jego propozycji. Mimo, że nie mówił po angielsku, a my ani po arabsku, ani po francusku udało nam się dowiedzieć kilka interesujących rzeczy. Zobaczyliśmy dom berberyjski w Marrakeshu i miło spędziliśmy czas. Zjedliśmy obiadek i wróciły problemy z samopoczuciem u mojej towarzyski podróży. Jakoś tak spokojnie ten dzionek minął.
|
|
|