www.webd.pl
     

 
 

Tetuan - starcie drugie

Planowaliśmy kupić bilet od razu do Ceuty, ale się nie dało. Po prostu daliśmy sobie wcisnąć kit, że do granicy nic nie jedzie. Pojechaliśmy do Tetuanu. Michał miał nadzieję kupić za 20 dh jakąś ciekawą fajkę (ja w Marrakeshu kupiłem metalową, rzeźbioną fajkę za 25 dh). Niestety tutaj ceny są inne. W sklepie dowiedzieliśmy się, że z powodu jakiegoś święta przejście graniczne miało być czynne tylko do 15, a poza tym mało kto będzie jechał do Hiszpanii, więc może być problem ze znalezieniem taksówki. Kupiliśmy sobie ciepłe bagietki z trzema szaszłykami w każdej (10 dh). Gościu ze sklepu utargował nam z 12 dh. Mówił, że znajdzie nam taksówkę. Po jakimś czasie targowania się z taksówkarzami powiedział, że za nasze 50 dh to nie ma szans dojechać do granicy, ale spróbuje znowu. Za którymś razem powiedział, żebyśmy dali mu te 50 dh, to będzie łatwiej się targować. Mieliśmy opory, ale "no paranoja" i 0... w końcu daliśmy mu nasze ostatnie dirhamy. Tym razem szybko taksówka się znalazła. Spakowaliśmy bagaże, pożegnaliśmy się z naszym dobroczyńcą i ruszyliśmy. Po jakimś czasie taksówkarz odezwał się mówiąc coś o pieniądzach. Teraz to mieliśmy już dość. Nasze ostatnie marokańskie pieniądze przepadły. Na stacji benzynowej taksiarz znalazł kogoś, kto rozumiał choć trochę po angielsku, więc opowiedzieliśmy co się stało. Zebrała się grupka ludzi. Zabawne było to, jak wszyscy przekonywali, że gość, który nas oszukał nie był z Tetouanu, ale tylko tu przyjechał, żeby psuć reputację ich fajnemu miastu. Jakoś nas to nie przekonało, bo to był nasz drugi pobyt w tym mieście i drugi raz nas oszukano. Dogadaliśmy się z taksówkarzem, że zapłacimy pesetami (Michałowi zostało jakieś 500 peset drobnych). Całkiem miło z jego strony, bo to przecież wychodzi coś 30 dh. Dojechaliśmy wreszcie do granicy. Z tej strony granicy jakoś wszystko szło wolniej. W kolejce stał cały świat: Korea, Brazylia, Portugalia, Hiszpania, Francja, itp., itd. Przeszliśmy do Hiszpanii wejściem dla Unii Europejskiej.

Znowu w Hiszpanii

Jakie to cudowne uczucie być znowu w "nie muzułmańskim" kraju. Atmosferę szczęścia zdecydowanie popsuł brak piwa w pierwszym napotkanym supermarkecie. Na szczęście dalej mieli piwo, bo inaczej by mnie chyba szlag trafił. Zrobiliśmy zakupy w prawdziwym supermarkecie (z piwem) i spotkaliśmy Polaków, którzy też właśnie wrócili z Maroka. Ich pobyt skupił się głównie na Shauen. Dlaczego to miasto ich tak wciągnęło domyślcie się sami...(mała podpowiedź - kif oczywiście J - dop. k.). Na plaży zrobiliśmy małą imprezkę w czwórkę(my i spotkani Polacy), do której dołączyli się Marokańczycy na urlopie. Ciekawie się patrzy na schlanych muzułmanów, którzy przyjechali tu chyba tylko po to, żeby się napić. No może jeszcze żeby poczuć klimat zjednoczonej Europy. Bo Ceuta, mimo że leży w Afryce, jest prawie całkowicie "europejska". Postawili nam piwo (sporo tego było, tylko szkoda, że ciepłe) oraz ich narodową używkę. Jedliśmy też owoce kaktusów (całkiem smaczne, w Maroku 3-4 szt/1 dh). Impreza na całego, tyle że się szybko zmyli. Spaliśmy na plaży w namiotach. Rano mieliśmy zamiar zrobić pranie w MacDonaldzie, ale umywalki były zapchane.Prom do Europy Kupiliśmy sobie giny po 166 peso i na prom. Tym razem wybraliśmy się na jeden z wcześniejszych. Niestety znowu nie było delfinów (nasi znajomi widzieli delfiny płynąc promem do Maroka). Wypiliśmy sobie piwko patrząc na oddalającą się Afrykę (pożegnanie całkiem w stylu autora ;) - dop. k.) (foto). Witaj Europo! Miło jest wrócić do bardziej swojskich klimatów, chociaż południe Hiszpanii to nie Polska. Pranie zrobiliśmy w MacDonaldzie w Algeciras, jedząc przy okazji całkiem niezłe lody (za 50 peso). Plaża w Algeciras nie jest jakaś szczególna, tym bardziej, że woda śmierdzi rybami, ale jest sporo kolorowych muszli. Rozwiesiliśmy nasze pranie na plaży, zrobiliśmy kolację i poszliśmy wcześniej spać. Rano poszliśmy na wschód z nadzieją złapania jakiegoś autobusu na Gibraltar. Doszliśmy do jakiegoś miasteczka, gdzie dowiedzieliśmy się, że trzeba by się było wrócić do Algeciras, żeby jechać autobusem. Przy śniadaniu zdecydowaliśmy się pożegnać z naszymi znajomymi z Ceuty. Oni poszli z powrotem do Algeciras, my łapać stopa. Nie szło nam najlepiej. Już mieliśmy się rozdzielić, żeby łapać w obie strony (albo Gibraltar, albo Sewilla), jak zatrzymał się jakiś mały samochód. Młodzi Hiszpanie byli na wakacjach i jechali zwiedzić Gibraltar. To nam pasiło. Trochę zdziwiła nas kontrola (i kolejki) na granicy. Czego oni się boją, przecież tam mieszka chyba z tysiąc ludzi, a ceny nie różnią się zbytnio od hiszpańskich. Wjechaliśmy z naszymi Hiszpanami na The Rock, a tu kolejne zdziwienie - wjazd 1500 peso od osoby. Nawet ich na to nie było stać. Wyprosili jakoś wjazd za darmo, chociaż bez biletu można obejrzeć tylko małpy. Ale było warto. (foto) .Gibraltar Później zwiedzaliśmy miasteczko. Panuje angielski klimat, angielskie puby (i angielskie ceny za piwo), ale ruch niestety prawostronny. Przejście całego miasta zajęło nam niecałą godzinę. Jedziemy z powrotem do Hiszpanii. Udało nam się wyprosić postój na zakupy w Lidl-u, zrobiliśmy całkiem duże. Z naszymi Hiszpanami pożegnaliśmy się 20 kilometrów za Algeciras. Po piwku i dalej w drogę. Tym razem jechaliśmy z Anglikiem. Strasznie dziwnie się jedzie siedząc z przodu po lewej stronie bez kierownicy w rękach. Był na wakacjach u znajomych i jechał do siostry w Portugalii. Jaka ta Europa mała. Niestety jego siostra mieszkała tylko kilkadziesiąt kilometrów od granicy z Hiszpanią, więc zdecydowaliśmy się na Sewillę. Wyszliśmy w Sewilli, przy zjeździe z autostrady. Próbowaliśmy złapać coś do centrum, ale kiepsko nam to wychodziło. Zrobiło się już ciemno, Michał poszedł nawet szukać jakiegoś miejsca do spania, i wtedy zatrzymał mi się samochód. Właściwie to było to takie małe "coś" z trzema osobami w środku i pełnym bagażnikiem. Ale co to dla nas, w każdym razie mieli z nas niezły ubaw.Przed katedrą w SevilliW centrum zrobiliśmy sobie kolację. Jacyś goście pytali nas o korkociąg. Sorry, my tu piwosze. Po kolacji szukaliśmy katedry. Nie przypuszczaliśmy, że jest taka piękna. Jak dla mnie to o wiele ciekawsza od Notre Dame, czy nawet Sagrady Familli. Potem piwko w międzynarodowej ekipie przy fontannie obok katedry. Większość interrailowcy, w tym goście od korkociągu. Zrobiło się późno, poszliśmy szukać jakiegoś miejsca do spania. Było z tym sporo kłopotu, bo wszystkie parki pozamykane. Znaleźliśmy jakiś otwarty park, ale to było miejsce spotkań "ciepłych facetów" więc podziękowaliśmy. Jeden nawet gonił nas samochodem, ale mu zwialiśmy. Namiot rozbiliśmy nad rzeką w jakichś krzakach. W ciągu jednego dnia byliśmy w Algeciras, zwiedziliśmy Gibraltar i dotarliśmy do Sewilli, (którą w większości też zwiedziliśmy). Całkiem nieźle. Rano kontynuowaliśmy zwiedzanie Sewilli. Katedra w środku nie jest już taka imponująca jak na zewnątrz (foto). Oglądaliśmy część "for prayers only", która różni się od części dla turystów tym, że nie płaci się za wstęp. Z centrum na autostradę nie było znowu tak daleko (jakieś 1,5 godziny). Przechodzi się obok centrów handlowych (Lidl i inne, ale i tak Lidl najtańszy). Po paru krótkich "stopach" złapaliśmy gościa, który jechał aż do Madrytu, a jako że jest tam kawałek, trzeba było zjeść jakiś obiad. Całkiem dobre żarcie, tym bardziej, że facet stawiał. Do tego po piwku i dalej w drogę. Niestety w połowie drogi do Madrytu zepsuł się samochód. Próbowaliśmy coś złapać, ale był z tym problem, bo miejsce kiepskie. Znowu złapaliśmy stopa po zmroku. Jechaliśmy sportową Calibrą z dwoma murzynami słuchając hiszpańskie disco-polo na ful. Do Madrytu dotarliśmy koło północy a tam fiesta. Wszyscy tańczą, śpiewają, leje się piwo i wino, unosi się znajomy zapach ;-) . No to się podłączamy do imprezy. Spać poszliśmy w samym centrum, w małym, przytulnym parku (spaliśmy obok żuli). Rano znowu problemy z żołądkiem (ech to Maroko). Zwiedzanie Madrytu (chociaż nie ma tu nic wymagającego dłuższej uwagi) i piwko w fontannie przed pałacem królewskim. Potem metrem na autostradę.

W Kraju Basków
Kraj Basków
Znowu nie szło najlepiej, ale po paru stopach złapaliśmy samochód do Vitorii. Tym razem piliśmy mrożoną kawę z ekspresu ciśnieniowego. Gość był już zmęczony i zaproponował, żeby ktoś z nas poprowadził. Jak w "W drodze" Kerouacka. Niestety wypił następną kawę i mu przeszło. A tak chciałem usiąść za kierownicą VW Transportera.Vitoria Wysiadamy (znowu w nocy) w samym sercu kraju Basków, w Vitorii (foto). Miasteczko jest fascynujące, zupełnie inna atmosfera i architektura niż w Hiszpanii. Bardziej przypomina to Anglię. Wszędzie puby, sporo ludzi (chociaż podobno wszyscy wyjechali na urlop) i porządna muzyka (rock, metal, grunge). Kupiliśmy sobie wino (dla odmiany) i popijaliśmy przed pubem. Potem oczywiście zwiedzanie miasta nocą. Namiot rozbiliśmy w samym centrum, w parku. Rano obudziła nas policja. Poprosili nas o dokumenty, my jak zwykle już się pakujemy, a oni kazali nam spać dalej (było coś po 6). Potem śniadanko i zwiedzanie Vitorii. Za dnia jest równie piękna (foto). Czas na nas, tym razem do San Sebastian. Tam znowu fiesta, chociaż w zupełnie innym klimacie niż w Madrycie. Fajerwerki i koncerty zamiast śpiewów i tańców. Wypiliśmy darmowe piwo (z kuponów rozdawanych na mieście) i obejrzeliśmy sztuczne ognie. Samo San Sebastian dość fajne, chociaż miałem chyba większe oczekiwania - wszyscy mówili, że jest super.

Hiszpańskie wybrzeże Morza Śródziemnego

Północno-zachodnia Hiszpania w relacji Wakacje A.D. 2001


Poprzednia strona Następna strona


Zawsze możesz wysłać mi maila
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański