www.webd.pl
     

 
 

Sylwester w Pradze

by Anna Idzik
Zdjęcia w bliżej nieokreślonej przyszłości z powodu braku skanera


Działo się w grudniu 2000 roku...Po dokładnym omówieniu planu podróży, ilości i jakości osób biorących udział w wyprawie (np. na pytanie kto w końcu jedzie usłyszałam: No nie wiem. Na pewno Mateusz i jego koleżanka, no i może będzie jeszcze drugie auto z moimi znajomymi...), przedmiotów koniecznych do przeżycia w czasie wycieczki (tzn. ciepłe skarpety i rum), zdecydowaliśmy- jednak jedziemy.

Byłam jedyną osobą z całej grupy spoza Rudy Śląskiej, więc wycieczka miała mnie zabrać po drodze. Ale pół godziny przed czasem zadzwonił telefon: "szef" wyprawy zapomniał portfela, musieli zawrócić i spóźnią się jakąś godzinę. Mieliśmy to nadrobić później, niestety koledzy nie wzięli pod uwagę jednego- jestem typową kobietą i zawsze mi tak jakoś ten czas zleci... Czekali na mnie jeszcze pół godziny i w rezultacie byliśmy o dwie to tyłu.

W końcu ruszyliśmy. Zapoznałam się z towarzyszami podróży (bo dotąd znałam tylko jednego- Marcina), byli to wyżej wspomniany Mateusz i jego koleżanka... czyli jak się okazało miły blondyn o imieniu Bartek. Drugie auto podobno zrezygnowało ze względu na kiepską pogodę.

Już przy wyjeździe z mojego miasta, Opola, okazało się, że będą problemy, bo kompletnie nie nadaję się do roli pilota (tia, za mało się przykładałam do terenoznawstwa w harcerstwie i jak mi przyszło czytać z mapy samochodowej to okazałam się gamoniem J), a Marcin nie zgodził się żebym siedziała z tyłu. Pozostała mi funkcja DJ-a, czyli pilnowanie muzyki, coby nie usypiała kierowcy i karmienie wspomnianego makowcem w czasie jazdy tak, żeby nie spowodował wypadku. (Tu mała dygresja: polskie drogi jakie są każdy wie, więc zaśnięcie kierowcy na tych wybojach jest raczej trudne, zwłaszcza w takim autku jak Tico, ale już po stronie czeskiej wygląda to zupełnie inaczej.) Do granicy dojechaliśmy bez przeszkód, ale tuż za nią zaczął się kolejny problem. Wszystkie miejsca otwarte 24h/dobę, w których można było wykupić znaczek na autostradę, były zamknięte. Po około godzinnych lecz bezowocnych poszukiwaniach daliśmy za wygraną. Zaufaliśmy szczęściu i ruszyliśmy dalej. Niemal od razu odczuliśmy różnicę w komforcie jazdy. Drogi równiutkie, płaskie, szerokie. Taka spokojna jazda strasznie usypia. Poza tym dla mnie było to dodatkowo nieprzyjemne, ponieważ mam chorobę lokomocyjną i jak mnie wytrzęsie na różnego rodzaju wertepach, to zapominam że ma mi się zrobić niedobrze, a tutaj ta gładka nawierzchnia... brrr.

Po drodze, gdy z wiadomych względów zrobiliśmy sobie przerwę, Mateusz i Bartek zdecydowanie zadziwili mnie umiejętnością raczej nie praktykowaną w kręgach moich dotychczasowych znajomych. Kupili sobie na stacji butelkę ciepłej Prażski i na miejscu wypili wszystko, z gwinta, bez żadnej zapitki czy zagryzajki. No nieźle się zapowiada- pomyślałam.

Do Pragi dojechaliśmy łatwo, bo kierunkowskazy w Czechach są już czytelne, ale dotarcie do centrum miasta sprawiło spore trudności. Nowsza część nie jest ładna, wielkie, niekształtne budynki, jakieś wieże, anteny... Ot typowa współczesna stolica z labiryntem ulic i uliczek, w których trudno się połapać. Z trudem udało się nam znaleźć miejsce do parkowania w miarę blisko starówki i bez parkometru. Ale za to było tam spokojnie, i nikt zbytnio nie przeszkadzał nam w przygotowaniu obiadu, czyli niezastąpionej "kung- fu zupki" na turystycznym palniku gazowym. Potem zapakowaliśmy do plecaków aparaty, termos z gorącą herbatą jeszcze z domu, ciasto i w drogę. Oczywiście nikt nie pomyślał o zaopatrzeniu się w tak prozaiczną rzecz jak mapa miasta, więc na początku jak baranki musieliśmy iść za stadem, czyli za zwiększającą się coraz bardziej grupą ludzi, wyglądających na turystów. Byliśmy niemal pewni że wyprowadzą nas na rynek albo chociaż w okolice. No i udało się. W dodatku mili Czesi mają zwyczaj do rozdawanych na każdym kroku ulotek reklamujących różnego rodzaju koncerty, wystawy i inne tego typu kulturalne wydarzenia przewidziane na ten akurat dzień, dołączać mapki niemalże całego miasta, trochę schematyczne co prawda, ale dokładne. Szybko zaopatrzyliśmy się w tę pomoc i już na własną rękę orientowaliśmy się w terenie.


Następna strona

Wyślij maila autorce tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański