| |
Sylwester w Pradze
Najpierw trafiliśmy na Wenceslas (dla uproszczenia nazwę to Małym Rynkiem). Tam, mimo stosunkowo wczesnej jeszcze godziny, zabawa szła na całego. Piwo lało się strumieniami, stało kilka prowizorycznych scen - dla każdego coś miłego, przynajmniej jeśli chodzi o muzykę, łaziło pełno przebierańców. No i nie musieliśmy długo szukać, by trafić na naszych wszędobylskich rodaków. Ja nie wiem, jak to my robimy, ale Polaków można spotkać wszędzie, w najdalszych i najdziwniejszych krajach. Najzabawniejsi siedzieli w (podróbce) Hard Rock Cafe i terroryzowali obsługę, gości i przechodniów. Muzyka była, jak na ich gust, za łagodna, kufle zanadto pilnowane, a inni goście mało rozrywkowi. Niestety nie udało im się rozkręcić towarzystwa, więc gdy zjedli nasze ciasto a my skończyliśmy piwko, poszli z nami pod rockową scenę na Małym Rynku. Tu się muszę poskarżyć na towarzyszy, bo gdy przyjrzeli pogującej grupie pod sceną, orzekli, że ja tam mogę niechcący oberwać, więc lepiej będzie gdy postoję z boku i przy okazji potrzymam plecak. Zatrzęsło mnie, ale byłam w zdecydowanej mniejszości (nadal jedyna dziewczyna), więc niewiele mogłam zrobić. A przez całe LO nabierałam wprawy...ech życie.
Jakiś czas później poszliśmy coś zjeść, gubiąc po drodze, jak się okazało bezpowrotnie, naszych wesołych rodaków. Budek z różnorodnym 'szybkim żarciem' było mnóstwo, więc po zaspokojeniu fizycznych potrzeb ruszyliśmy szukać głównego rynku. Nie było trudno go znaleźć, bo na ulicach jest sporo kierunkowskazów. Największe utrudnienie stanowiły tłumy ludzisków o najróżniejszych kolorach skóry, mówiących w olbrzymiej liczbie języków. Najgorsi byli Włosi. Nie mam zwykle nic do tej nacji, ale inaczej było w tę noc. Jeśli się usłyszało język włoski, to na 80% można się było spodziewać petard rzucanych pod nogi gdzieś od strony tej grupki. A to irytuje jeśli zdarza się często.
Pod wieżą zegarową na rynku tłumy były takie, że wejście na plac graniczyło z cudem. Była jeszcze ponad godzina do północy, więc nie pchaliśmy się dalej, tylko zdybawszy jakąś budkę z piwem (osoby ciekawe jakości tego napoju odsyłam do administratora strony, ja nie jestem na tyle kompetentna, by się wypowiedzieć na ten temat), postanowiliśmy tam poczekać (foto1). Kilkanaście minut przed północą zaczęliśmy się pchać bliżej wieży i oczywiście zaraz się pogubiliśmy, nagle został mi tylko Marcin. Ale nie było już czasu na szukanie - wybiła dwunasta, zaczęły strzelać korki, zewsząd słychać było życzenia noworoczne i śpiewy we wszystkich chyba językach świata. No i sztuczne ognie. Piękniejsze widziałam tylko raz w życiu, ale takiego tła (praska starówka) tamte nie miały. Atmosfera był wspaniała, nagle znikły po prostu granice między ludźmi, wszyscy byli szczęśliwi, cieszyli się, śpiewali, tańczyli... Włączyliśmy się do tego rozbawionego korowodu. Było pięknie..
Parę godzin później, zmęczeni zabawą, wróciliśmy z Marcinem do samochodu. Naszych towarzyszy nadal nie było i powoli zaczynałam się martwić. Na szczęście zjawili się jakieś pół godziny po nas, gdy już zasypiałam. Nocleg w Tico, w mroźną, grudniową noc, nie należy do najprzyjemniejszych. Przede wszystkim jest potwornie zimno. Zwłaszcza w nogi. I niewiele pomogło, że miałam dwie pary zwykłych skarpet + grube wełniane skarpety, zrobione przez kochającą ciocię na drutach. Poza tym jest ciasno. Ale najgorsza była poranna herbata, zaprawiona dla rozgrzania czeskim rumem. Pierwszy łyk wyplułam - dobrze, że drzwi były otwarte. Obrzydlistwo. Resztę jakoś wypiła, bo i tak nic innego nie było, a czekał nas długi spacer po mrozie i rozsądek nakazywał mieć coś ciepłego w brzuszku. Na szczęście uroda tego miasta sprawia, że szybko się zapomina o drobnych nieprzyjemnościach.
|
|
|
|
|