www.webd.pl
     

 
 

Syberia 2002

by Maciej Postek

Jeśli chodzi o mnie to zostałem członkiem ekipy zbiegiem wielu okoliczności, a dołączyłem jako ostatni jakieś dwa miesiące przed planowanym terminem wyjazdu do Mongolii... Tak, tak, do Mongolii...:-) Ale z przyczyn standardowych tzn. braku czasu i pieniędzy ostatecznie wybraliśmy Bajkał!!!

Wyruszyliśmy 22 lipca z "Contrast Cafe" przy gdyńskim bulwarze - pięć osób: Gosia - kierowniczka wyprawy, Honorata - fundament damskiej części ekipy, Agnieszka - "dobry duszek" całego zespołu, Bartek - wynalazca przedziwnej, ale bardzo praktycznej mieszanki polskiego i rosyjskiego :-) i Maciek czyli ja. To już chyba wszyscy!!! Acha, w Moskwie dogonił nas jeszcze Robert "Robakiem" zwany, którego szef wypuścił z pracy z małym opóźnieniem...

W drodze do Irkucka towarzyszyli nam jeszcze Michał i Mateusz. Widocznie doszli do wniosku, że 7000 km koleją z Gdyni do Irkucka to za mało bo pojechali sobie dalej przez Mongolię, Chiny i Laos do Tajlandii : ... a z pewnych źródeł wiem, że dotarli tam i szczęśliwie wrócili do domu :-)

Pociąg do Warszawy - hmmm...no cóż, przy kibelku tak źle się nie spało...: Rano przesiadka w puściutki (chyba zadośćuczynienie za ten poprzedni) pociąg do Terespola a tam prawie w biegu następna na "wahadłowiec" graniczny Terespol - Brześć. Tym sposobem mieliśmy jeszcze pół dnia czekania na "obszczij" do Moskwy. Jeśli ktoś myśli, że natychmiast rzuciliśmy się zwiedzać miasto, to się głęboko myli...: Jakoś nie odczuwaliśmy takiej pilnej potrzeby - może z powodu "niedospania" a może zniechęceni średnio ciekawymi okolicami dworca. Ograniczyliśmy się do zjedzenia kanapek z naszej "obruso-ceraty" rozłożonej na granitowej posadzce hali dworca, degustacji białoruskiego piwa w przydworcowej knajpce i krótkiego, leniwego spaceru po centrum.

Około 17-tej siedzieliśmy już w pociągu do Moskwy. Udało nam się zająć górne prycze, co w "obszczim" gwarantowało noc spędzoną w pozycji horyzontalnej oraz... zazdrosne spojrzenia pasażerów, którym dane było siedzieć po 2 lub 3 osoby na dolnych kojach. Atrakcją wieczoru była gra w karty z Rosjaninem!!! No niewątpliwie była emocjonująca, ale zasady chyba do końca pozostały tajemnicą. W dodatku miałem wrażenie, że zmieniały się zależnie od sytuacji...

W Moskwie byliśmy punktualnie! Straszny upał, ale powietrze suche więc dało się wytrzymać. Najpierw "zaklepaliśmy" nocleg w polskim kościele, zostawiliśmy tam plecaki i poszliśmy na miasto. Wymieniliśmy dolary na ruble, odwiedziliśmy Kreml, Plac Czerwony, zahaczyliśmy o jakiś festyn, później siedzieliśmy sobie na trawce w parku. Mateuszowi najwyraźniej upał bardzo dokuczał bo z własnej, nieprzymuszonej woli, pięknym lotem ślizgowym wskoczył do fontanny. Nie dość, że okulary zgubił, to jeszcze rubelków nie wyjął z kieszeni... Do kościoła wróciliśmy około pierwszej w nocy i popełniliśmy chyba mały nietakt przechodząc przez płot... Na szczęście stróż, który zjawił się po chwili okazał się łaskawy i nie spuścił na nasz widok psa ze smyczy :-). Następnego dnia odwiedziliśmy ponownie Plac Czerwony, mauzoleum Lenina, zrobiliśmy zakupy na dalszą podróż. Jeszcze powrót po plecaki i podróż metrem na dworzec Kazański. Oczywiście nie pojechaliśmy tam najkrótszą linią - zapłaciliśmy po 5 rubli więc chyba mała przejażdżka nam się należała...:-) Jeśli ktoś planuje odwiedzić moskiewskie metro, to radzę uważać na gwałtownie i z zaskoczenia zamykające się bramki wejściowe...zwłaszcza panom!!! Ałała...:-( A poza tym super!!!!!!!!!!!

No i wreszcie w pociągu, który miał nas w trzy i pół dnia dostarczyć do celu. Tym razem podróżowaliśmy "plackartnym" więc każdy stał się dumnym posiadaczem własnej pryczy! Oj, gorąco było okrutnie, a nie wszystkie okna się otwierały. Jakieś wyjaśnienie stanowił zagadkowy napis "zakryto na zimę"...???!!! Chłodziliśmy się piwem "Oczakowo" w pokaźnych plastikowych butelkach 2,25 litra!!!!! (dla zainteresowanych - taniej niż np. Coca Cola...) No cóż Rosjanie to bardzo praktyczny naród... Pora późna, ale nastrój podniosły, więc pieśń sama cisnęła się na usta :-). Uważam, że wykonanie było doskonałe, ale publiczność nas nie doceniła i po półgodzinnym koncercie zjawiła się "prowadnica" z milicjantem w różowo-błękitnym dresie, który poinformował nas, że jak tak dalej pójdzie to usunie nas z pociągu! No trudno, zrezygnowaliśmy z bisów :-(. Wreszcie Azja!!!!! Ural przekroczyliśmy prawie go nie zauważając - raczej niepozorny - mi przypominał trochę czeskie przedgórze Sudetów. Rano pobudkę zrobił nam Mateusz dobijający przez okno targu z "babuszkami" sprzedającymi pierożki. Pycha!!!! Właściwie to na podróż nie trzeba kupować wałówy. Na peronie da się zdobyć chyba wszystko: ogóreczki, ziemniaki z koperkiem, wypieki domowej roboty, ciasteczka z rybią ikrą (fuuuuj!!!), wędzoną i suszoną rybę, wędliny. Szczepiliśmy się przeciw żółtaczce więc jedliśmy te smakołyki bez oporów. (...uważam, że za taką kasę to szczepionka w ogóle powinna nas chronić przed wszelkimi nieszczęściami!!!).


Następna strona

Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański