Pechowy początek czyli dolar śmierdzi.
2.VII.2001 wtorek
Pełni dobrych myśli wyruszyliśmy z Cieszyna z ambitnym zamiarem przemierzenia na pokładzie TIRa kawałka Czach, Słowacji i Węgier. Posypało się już na dzień dobry. Próba wymiany dolarów drukowanych przed 19990r. Na nowe kończyła się wszędzie tak samo: w naszym pięknym kraju noszącym się z zamiarem wejścia do Unii Europejskiej żaden bank, słownie: bank, nie przyjmie takich dolarów. Na Zachodzie z takimi pieniędzmi nie ma problemu, ale w Syrii i Turcji sprawa ma się ponoć nieco inaczej. Zdesperowani zwiedziliśmy wszystkie cieszyńskie banki i dopiero w WBK kasjerka prawie bez słowa skargi wymieniła pieniądze. W PKO, BŚ i BPH odpowiedź jednoznaczna: zapomnij.

Zadowoleni ruszyliśmy już po czeskiej stronie na most graniczny, gdzie zwykle czają się dziesiątki TIRów jadących na południe. W połowie drogi zaczęło lać, a gdy zmęczeni nieco dotarliśmy na miejsce, w poprzek drogi leżał czarny kot zwany Zonkiem - ciężarówek ani na lekarstwo... Mokrzy i wkurzeni wsiadamy w pociąg do słowackiej Cadcy (38 koron od osoby). Tam wobec fatalnej pogody, decydujemy się na podróż pociągiem na Węgry. Za bilet do przejścia w Komarnie zapłaciliśmy 338 koron każdy. Nie było to jednak optymalnym rozwiązaniem, co wyszło po dokładnym przyjrzeniu się mapie. O 23.00 wylądowaliśmy na naszej stacji docelowej. Zadowoleni z chwilowego końca podróży rozłożyliśmy się w poczekalni obok miejscowego 40-letniego nekrofila i jego 90-letniej "dziewczyny" (oblecha!), gdy podszedł pan sokista i oznajmił, że o 23.30 zamykają poczekalnię i mamy się wynieść.Rankiem nasz rozbity na trawniku przed dworcem namiot stanowił lokalną atrakcję. (foto) Tutaj mała dygresja. Również na Węgrzech dworce zamykane są na noc i otwierane ok. 3.00 rano.
3.VII środa
Rozdzielamy się. Doświadczony w tego typu podróżach Rudy dosyć szybko łapie stopa, a my klniemy na czym świat stoi obojętnych na nasze ponad 20kg plecaki i cierpiętnicze miny Węgrów, którzy mijają nas prowadząc niemal puste samochody. Wreszcie po ok. 5-6 km spacerze młody chłopak podwozi nas do autostrady, skąd do wrót Budapesztu podrzuca nas podstarzały hippis. Poszukiwania głównego dworca kolejowego, na którym umówiliśmy się z Rudym, kończą się nieprzyjemną niespodzianką. W Budapeszcie są 3 główne dworce kolejowe: Deli, Nyugati i Keleti... Przeszukaliśmy dwa pierwsze, zanim zrobiło się ciemno i zamknięto metro. Koczujemy w poczekalni, później oblegamy ławkę przed dworcem. O 3.30 ponownie wpuszczono nas do poczekalni, gdzie bezceremonialnie rozwalamy się na karimacie. Po dojściu do wniosku, że Rudy pojedzie na umówione wcześniej przejście graniczne wobec zaistniałej sytuacji, jedziemy pociągiem do Artand na granicy węgiersko-rumuńskiej. Do samego przejścia docieramy stopem. Ok. 1 km od granicy w mini-lesie rozbijamy namiot i na zmianę patrolujemy drogę do granicy w oczekiwaniu na Rudego. Naszą sympatię do Węgrów ratuje darmowy prysznic zaproponowany na migi przez dozorcę chyba jakiegoś punktu obsługi TIRów. Warunki gorzej niż złe, ale woda gorąca i na dodatek mokra.
5.VII piątek
Nienawidzę gołębi. Chyba z dziesięć tych choler grucha sobie radośnie tuż nad naszym namiotem nie dając spać. W oczekiwaniu na Rudą Bestię smażymy się na słońcu i usychamy z pragnienia nie mając już niemal wody. Sądzimy, że nie ma go już na Węgrzech, bo ile czasu można jechać 238 km?! O 15.00 zajeżdżają dwa polskie TIRy i dowiadujemy się, że możemy zapomnieć o złapaniu stopa, gdyż ciężarówki za wjazd do Rumuni na weekend muszą płacić 150 DM.
Na nogach przekraczamy granicę i wymieniamy kasę(1$=ok. 29000 lei). Wbrew stereotypom Rumuni okazują się bardzo mili i pomocni. Ze stopem jest problem i to duży- panuje tutaj tradycja płatnego autostopu. Taksiarze oferują się co 50 m, by dowieźć nas do Oredei, a handlarze za jedyne 5$ usiłują wcisnąć nam kawałek drewna. To jeszcze nic. Przechodzimy ok. 300m i przed stacją benzynową spotykamy dwóch Niemców z samochodem, którzy nie mogą zatankować benzyny bo... nie mają drobnych. Proponują nam, byśmy rozmienili im, bagatela, 1000 marek, czyli ok. 2000 PLN. O czym oni do nas rozmawiali?! We dwóch mamy ledwie niecałe 3000 PLN... Po bezskutecznych próbach złapania stopa, zatrzymujemy wreszcie... taksówkę, której kierowca podwozi nas za friko do miasta. Ledwie wysiadamy, zaczepia nas miła dziewczyna i proponuje pomoc. Mówi nieźle po angielsku. Na własny koszt telefonuje na stację i dowiaduje się o pociąg do Bukaresztu. W ogóle to, co mówi się o Rumunach, mija się nieco z rzeczywistym wizerunkiem. Wielu z nich mówi (lub przynajmniej duka :)) po angielsku i chętnie pomagają obcokrajowcom. Gdy zabrakło nam 2000 lei do biletu (ok. 30gr) a uparta kasjerka nie chciała nam bez tego sprzedać biletu, starszy pan z kolejki dał mi 5000 lei i nawet nie chciał reszty.

Nawiasem mówiąc, kronikarz ma nieco w czubie, a Śmider jest nieźle napruty.(foto) Za ok. 4 PLN kupiliśmy dwulitrową butlę piwa i niemal odwodnieni, w ciągu kilkudziesięciu sekund wypiliśmy połowę w trzydziestokilkustopniowym upale. Może wyższym. Na niewiele dłużej starczyła nam reszta. Później co dziesięć kroków pytaliśmy co ładniejsze Rumunki (a są naprawdę urodziwe :)) o drogę. Nawet stojąc kilka metrów od dworca zaczepiliśmy dwie dziewczyny. Spłoszyły się i uciekły. No cóż, trudno, jakoś trafiliśmy... Gwoli wyjaśnienia; nie wszyscy Rumuni mają ciemną karnację, znaczna część jest biała, a dziewczyny piękne. Chyba już o tym pisałem? Nieważne. Kolejna przestroga: w Rumuni następuje zmiana czasu, posuwamy zegarki o godzinę. Niemal przez to umoczyliśmy. Na szczęście kłóciłem się z kasjerką na dworcu na tyle długo, by zwrócić na siebie uwagę podróżnych. Chwilę później, gdy leżymy już wygodnie rozłożeni pod ściana, jakaś kobieta informuje nas, że pociąg do Bukaresztu (z Oredei ok. 11$ na dwóch, bodajże 20.10) zaraz odjeżdża. Biegiem na peron. Wsiadamy i pociąg rusza. W ostatniej chwili... Znajdujemy wolne miejsca i wzbudzając przerażenie rozmiarami plecaków pakujemy się do przedziału. Siedzenia są koszmarne, z jakiegoś rodzaju skaju i dupska mamy mokre po 5 minutach J. Przez kilka godzin mamy okazję porozmawiać, po angielsku oczywiście, z parą rumuńskich studentów. On uczy się w Niemczech, ona robi master degree, bardzo sympatyczne ludziska. Poznajemy również dwójkę informatyków, którzy traktują nas z wyższością i dziwią się, że Polacy mówią po angielsku (na dodatek o niebo lepiej niż te leszcze, a i informatycy z nas lepsi - dopisek tłumacza :))). O trzeciej nad ranem przedział wyludnia się i po rozłożeniu śpiworów na tych koszmarnych siedzeniach bez krępacji tniemy komara do samego Bukaresztu.