www.webd.pl
     

 
 


6.VII Sobota
Bukareszt. Cinkciarze. Niech ich szlag trafi, naszą głupotę też. Wcisnęli nam kit, że do granicy niedaleko i zawiozą nas taniej niż pociąg, który do Ruse (Bułgaria) kosztuje 180 000 lei na głowę. Okazuje się, że "bus" to taksówa, a koleś, który nas przyprowadził, chce 5$ za tą (niedźwiedzią) przysługę. Gdy chcemy wysiąść, rezygnuje. Cytat: "... niech będzie moja strata". S...syn. Do przejścia granicznego ma być 11 km, po 5000 lei od kilometra. Gdy ruszyliśmy, kierowca i jego pomocnik zaczynają narzekać, jakie to duże miasto. Tknięty przeczuciem spojrzałem na licznik i moje 3mm włosy stanęły dęba. Niecały kilometr, a już ponad 2$! Wysiadamy, natychmiast, a kierowca kasuje licznik i twierdzi, ze musimy zapłacić ... 10$. Cholerni złodzieje. Trudno, sami sobie jesteśmy winni. Później okazało się, że do Giurgiu, gdzie jechaliśmy, było ponad 70 km. Na piwie z Iriną

W Hiltonie (!!!) pytamy o drogę. Dostajemy mapę i polecają nam metro. Teraz mogę się pochwalić, że byłem w Hiltonie... Z powodu naszej niechęci do wydawania kasy idziemy z buta i oczywiście się gubimy. Na dodatek przyczepia się do nas żebrzące cygańskie dziecko. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Poznajemy przemiłą Irinę-Danielę Butwaru.(foto) Mówi płynnie po angielsku (i nie tylko - lingwistka co się zowie). Zabiera nas na dworzec, funduje metro, piwo i papierosy. Nawet nie chce słyszeć o zwrocie pieniędzy. A to my zaprosiliśmy ją na piwo w podzięce za matkowanie... Towarzyszyła nam ok. 3,5 godziny i bawiliśmy się świetnie. Zrządzenie losu. Wymieniamy adresy, wsadza nas do pociągu i ruszamy do Ruse. W jej towarzystwie zapomnieliśmy nawet o cinkciarzach.

W pociągu spotykamy parę Polaków również zdążających do Turcji. Straszą nas dworcem w Ruse, ale gdy już wysiedliśmy, nikt nas nie zaczepia (oczywiście oprócz taksiarzy i koników, ale traktujemy to już jak miejscowy folklor). Bilety do Swilengradu (na granicy tureckiej) ok. 7 lewów na głowę. Mamy fajne towarzystwo - spotykamy Polaka ze Szczecina, Mateusza Kacperskiego, który jedzie na praktykę lekarską do Izmiru oraz Czecha-luzaka, który sam wybiera się do Iranu (hmm...).Bułgarski pociąg jest tak samo niewygodny, jak rumuński, a konduktorzy skorumpowani do cna. Musimy zapłacić po 5$ od osoby łapówki, bo ci cholerni złodzieje twierdzą, że jako obcokrajowcy musimy mieć międzynarodowe bilety. Przy okazji poczęstowali na wiarygodną bajeczką, jakoby rząd bułgarski dopłacał tylko do podróży swoich krajanów, a nie zagranicznych turystów i kazali czytać przepisy, grożąc (kolegami) policjantami. Sęk w tym, że były napisane oczywiście cyrylicą... Najpierw ci trzej złodzieje chcą po, bagatela, 50 DM, później słyszymy słowo kompromis i staje na 5$. Pewnie dlatego, że skłamaliśmy co do stanu gotówki, zasłaniając się kartami kredytowymi. O północy znów chwila stresu - przychodzi nowy konduktor i... okazuje się, ze nasze bilety są oczywiście w najlepszym porządku.

7.VII Niedziela

Od dworca w Swilengradzie do miasteczka jest ok. 3 km (a nie 11, jak twierdził kolejny natrętny taksiarz). Docieramy tam na nogach, obserwując przy okazji wschód słońca i liczne bociany "profanujące" poradziecki pomnik J. Autobusy do miasteczka Kapitan Andreevo odjeżdżają o 6.00 i 9.300. Taniocha. Okazuje się oczywiście, że do przejścia jest jeszcze 3 km drogi. Na stopa łapiemy... drewniany wóz ciągnięty przez osiołka. Ale orient! Podwozi nas przez jakiś kilometr. Samo przejście graniczne jest strasznie wielkie, ciągnie się przez dobre kilkaset metrów, a po drodze zaliczamy chyba 6 kontroli paszportów. Za 10$ kupujemy miesięczne wizy i jesteśmy nareszcie w Turcji. Tutaj rozdzielamy się. Mateusz łapie szybko stopa, a my po godzinie pakujemy się do TIRa jadącego do Istambułu. Kierowca, starszy już facet, mówi nieco po rosyjsku, więc kalecząc niemiłosiernie język jakoś rozmawiamy. Jedziemy autostradą. Widoki są wspaniałe. Rozległe, spalone słońcem wzgórza obsadzone są złotą pszenicą. Przez dziesiątki kilometrów żadnych zabudowań, co jakiś czas tylko pojawia się wrośnięte we wzgórze osiedle lub obdarte ze skóry truchło krowy, znak obecności ludzi. Przytłaczający, ale niesamowity krajobraz. O 14.40 docieramy do Stambułu mając za sobą tylko 1 przystanek, na którym kierowca funduje nam zimna colę z wizerunkiem Tarkana. Wysiadamy niedaleko lotniska Ataturka (tutaj w każdym mieście jest co najmniej ulica Ataturka) i zagubieni pytamy przechodzących mężczyzn jak trafić do Błękitnego Meczetu, gdzie umówiliśmy się z resztą grupy. Podjeżdżamy kawałek dolmusem, resztę klimatyzowanym tramwajem (bomba!). Przed Ayasofią poznajemy sympatycznego Anglika, który poleca nam Interyouth Student Hostel, 5$ za noc w dziesięcioosobowym pokoju wśród studentów z całego świata. Są w miarę sympatyczni, ale jak na nasz gust zbyt snobistyczni. Bogate dzieciaki podróżujące po całym świecie. Oczywiście z kilkoma wyjątkami. Poznajemy tutaj Sylwię, Kanadyjkę polskiego pochodzenia, która płynnie mówi w naszym języku. Zdecydowanie najsympatyczniejsza (zaraz po mnie J (Maryan)) mieszkanka naszego pokoju. Wieczory upływają nam na rozmowach z Frankiem, poznanym wcześniej starszym Anglikiem, a w dzień zwiedzamy. Odwiedzamy imponujący Błękitny Meczet (Sultanahmet Camii), dla mnie najpiękniejszy zabytek Stambułu, Ayasophię - dawną świątynię Mądrości Bożej, zamienioną przez Turków na meczet, a decyzją Ataturka uznaną za obiekt wyłącznie muzealny. Niemal równie imponujący jest meczet Sulejmana, z którego rozciąga się chyba najpiękniejszy widok na Bosfor. Spotykamy resztę grupy, czyli Zuzkę, Mundiego, Piotra, Krzyśka i dwóch Michałów. Okazuję się, że Rudy, który zgubił się w Budapeszcie, zawrócił do domu. To dla nas ogromne zaskoczenie.
Usiłujemy dostać się za friko do pałacu Topkapi powołując się na karty ISIC. Nic z tego. Bilety kosztują 3 000 000 TL (dla studentów). Ja i Śmider rezygnujemy i próbujemy wejść do Muzeum Archeologicznego. I znów strażnik nie chce nas wpuścić, ale... jak nas wcześniej poinformował Piotrek, karta ISIC ma znaczek UNESCO, więc twierdząc, że to studencka karta UNESCO za darmo wchodzimy do środka. Warto było. Dla mnie, fana starogreckiej i starorzymskiej kultury i historii, bogata kolekcja starożytnych posągów to raj dla oka i ducha. Ale i tak największą atrakcją Muzeum Archeologicznego okazała się... klimatyzacja. Podnieceni nieoczekiwanym sukcesem wracamy do Topkapi i idziemy bezpośrednio do strażnika twierdząc, że mamy karty UNESCO. Po około 30 min. stania w kolejkach i wykłócania się z kasjerem dostajemy darmowe wejściówki. Całe nasze starania omal nie zakończyły się fiaskiem z tak prozaicznego powodu jak zmiana strażników na bramie. Służbistka w mundurze usiłuje nas odesłać do kasy, lecz gdy słyszy, że "tamta pani w okienku wykonała ważny telefon do szefa i wszystko jest ok." zrezygnowana wpuszcza nas do środka. Co za babsko... I tutaj Śmiderku powinieneś dopisać parę szczegółów z Berlitza J.
Michał i Piotr ruszają stopem do Adany (południe Turcji), skąd mają udać się do Iskenderun, blisko przejścia z Syrią, gdzie mają na nas (sz)czekać. My mamy dojechać pociągiem (przez całą Turcję z miejscówkami kosztuje ok. 5$, a to 1000 km - przypisek dla PKP). Przenosimy się do Sindbad Hostel, gdzie nocuje reszta grupy (2.5 $ za noc na tarasie ze świetnym widokiem na morze, prysznicem i darmowym wrzątkiem). Cały dzień włóczymy się po Stambule i poznajemy sympatycznego niepełnosprawnego (fizycznie)Turka i godzinę rozmawiamy o d... Maryny. Wyjaśnia nam, że nawoływania muezinów są po arabsku i on też za cholerę nie wie o co im biega. A z muzułmanizmem w Turcji jest jak z katolicyzmem w Polsce - do meczetu 90% ludzi chodzi tylko w piątki. Jakieś skojarzenia z niedzielą? Wieczorem robimy sobie małą imprezkę na nabrzeżu koło wraku jakiegoś statku. O północy zaliczamy kąpiel w Morzu Marmara i sączymy tureckie piwo i turecki odpowiednik wina marki Wino (jabola dla niekumatych). Nieco wcześniej dowiadujemy się, że nici z pociągu, bo nie ma już miejsc. Postanawiamy więc wydostać się koleją ze Stambułu i stopować na południe.


Poprzednia strona Następna strona


Wyślij maila autorowi relacji
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański