www.webd.pl
     

 
 

Ural polarny 2001

by Olga Mikołajczyk

miejsce akcji: Rosja (Sankt Petersburg - Workuta - 110 km - Salechard - Priobie - Moskwa)
czas akcji: 29.06 - 22.07.2001
uczestnicy: Dorota, Gosia, Bożena (znana jako Murzyn), Jacek (mój brat), Wojtek i ja (Ola)

Po dwu tygodniach zwiedzania Rosji, pojawiła się wreszcie na horyzoncie perspektywa pobytu w górach, byliśmy bowiem coraz bliżej Urala Polarnego, celu naszej tegorocznej wyprawy. (Więcej o naszych wcześniejszych przygodach w Rosji przeczytać można na stronie www.olga.prv.pl).

Był mglisty, mroźny poranek, kiedy wsiedliśmy na dworcu w Workucie do pociągu jadącego do Labytnangi, miejscowości położonej już za Uralem, w azjatyckiej części Rosji. Dla niektórych z nas miał być to pierwszy pobyt w Azji. Z uwagi na ograniczone zasoby finansowe kupiliśmy bilety w wagonie "obszczym", czyli IV klasy. Rekompensatą za obniżony komfort podróży było interesujące towarzystwo, jakiego na pewno nie spotkalibyśmy w przedziałach wyższych klas. Przeważnie byli to górnicy i geolodzy wracający z urlopów, w żaden sposób nie potrafiący zrozumieć, co nas w te rejony przygnało.

Trasa Workuta-Siejda-Labytnangi, to jedna z ciekawszych linii kolejowych Rosji. Liczy około 400 km, które pociąg pokonuje w 12 godzin, powoli wyjeżdżając z tundry i zbliżając się do olbrzymiego masywu Urala. Jakość torów pozostawia wiele do życzenia, wagonami trzęsie i rzuca. Pociąg co jakiś czas zatrzymuje się w coraz to mniejszych miejscowościach, w których czasem znajdują się tylko 2 lub 3 budynki. Na większych stacjach pojawiały się oczywiście "babuszki" (czasem pod postacią 10-letnich chłopców), sprzedające za 4 ruble najlepsze chyba w Rosji pierożki. Dostrzegliśmy też "wreszcie" osławione komary, od których tubylcy odganiali się ze stoickim spokojem.

106 km Po kilku godzinach jazdy i przekroczeniu granicy Europa-Azja, wysiedliśmy na stacji przy 106 km. Miejscowość ta nie ma nazwy, taki sobie "pasiołek". Jeszcze w Polsce, przed wyjazdem ambitnie planowaliśmy noclegi w namiotach i poważne zdobywanie szczytów. Niestety, zarówno w Workucie jak i Sankt-Petersburgu, zbyt obficie zaopatrzyliśmy się we wszelkiego rodzaju suweniry (kapcie, skóry, rogi, książki, obrazki i inne równie zbędne, acz niebagatelne dla nas przedmioty), co praktycznie uniemożliwiało nam swobodne poruszanie się po górach. Każdy z nas oprócz pękającego w szwach plecaka, dysponował także mniejszym plecaczkiem (z reguły cięższym od tego pierwszego), zawierającym zapas konserw i innych racji żywnościowych. Dodatkowo niektórzy tachali "sumki" ze skórami i rogami, tudzież rulony map. Z tego też powodu zdecydowaliśmy się założyć bazę w... turbazie. Natychmiast po wyrzuceniu z pociągu całego naszego dobytku, z którego uformował się niezły stosik, zostaliśmy nieprawdopodobnie gorąco powitani przez komary spragnione widać "świeżej krwi".

komary Pierwszy kontakt z tymi żyjątkami był dla nas wstrząsem. Nawet dla osób, które wielokrotnie spędzały czas na polskich Mazurach, było to niesamowite przeżycie. W tym momencie byliśmy w stanie Pani w turbazie zapłacić każdą kwotę, byleby tylko jak najszybciej znaleźć się w środku. Turbaza wyglądała bardzo przyzwoicie. Warunki porównywalne do panujących w naszych schroniskach, do dyspozycji kuchnia, stół ping-pongowy, telewizor (czarno-biały). Tylko brak ciepłej wody pod prysznicem był pewnym dyskomfortem. Rekompensatę stanowiła natomiast możliwość skorzystania z "pasiołkowej" bani.


Następna strona

Wyślij maila autorowi tekstu
 
     
   
Copyright by Marcin Lubojański