Przygotowania
Na początku były szalone pomysły gdzie by tu wyjechać : Peru, Nepal, Chiny, Skandynawia. Stanęło na Turcji, Syrii i Jordanii. Po paru "konferencjach" ircowych zebrała się odpowiednia ekipa ludzi i udało się załatwić darmową wizę syryjską (normalnie prawie 200zł). Po moich kłopotach z załatwieniem nowego paszportu udało nam się wreszcie wyrwać z Polski. Podzieliliśmy się na dwie ekipy. My, tzn. Śmider, Marjan i ja, jedziemy jak najtaniej, w miarę możliwości autostopem, przez Słowację i Węgry. Reszta autobusami i pociągami przez Ukrainę.
Turcja, Syria, Jordania, a właściwie Czechy, Słowacja, Węgry
Pomysł przejechania przez Czechy i Słowację stopem spalił na panewce z powodu pogody - lało przez cały czas. Pojechaliśmy więc pociągiem, bo nie tak drogo (przez całą Słowację 380 koron). Najpierw międzynarodowym (za 40 koron) do Czadcy. W Żlinie poszliśmy na piwko do pubu. Jaka to uciecha - pić piwo w pubie z ciekawym wystrojem, niezłą muzyką, obsługą i atmosferą, za 15 koron od kufla !!! W pociągu za oknami migają całkiem ciekawe górki, tylko szkoda, że nie ma pogody. Po paru przesiadkach (dostaliśmy wydruk z komputera jak się przesiadać) dojechaliśmy do granicy słowacko-węgierskiej. Było już późno, więc rozłożyliśmy namiot przed dworcem i poszliśmy spać. Rano nareszcie ciepło. Niestety Węgrzy coś nie chcą zabierać stopowiczów. Podzieliliśmy się, ja jadę sam. Mamy się spotkać w Budapeszcie na dworcu głównym. Dalej coś nam nie idzie. Do autostrady tylko 8 km, więc idziemy i łapiemy po drodze. Nie uszedłem daleko i złapałem VW z klimatyzacją. Chodzę sobie po Budapeszcie i szukam informacji turystycznej. Wreszcie znalazłem jedną obok mostu. Okazało się że nie ma tutaj jako tako dworca głównego, ale trzy. Na dodatek nie mają darmowych map, a między dworcami ładnych parę kilometrów. Kupiłem sobie piwo w supermarkecie (praktycznie wszędzie można płacić kartą elektroniczną) i czekam na trochę "główniejszym" dworcu Kaleti. Po paru godzinach ruszyłem na Nugati zostawić wiadomości, że czekam na drugim dworcu. Zajęło mi to 2 godziny. Z braku miejsca do spania w okolicy, nocleg wypadł mi na kolejowej ławce. Co to był za koszmar. Co chwilę jakiś żul chciał mnie okraść, a jeden nawet próbował podpalić. No i ten "zapaszek". Rano śniadanie, kąpiel w umywalce z MacDonalda i czekanie. Czekałem, czekałem i nic. Nie ma ich. Zadzwoniłem do domu dowiedzieć się, czy czasem się nie odezwali i przy okazji zostałem pozbawiony legitymacji studenckiej. Miałem już dość. Nie potrafiłem się zdobyć na samotną przeprawę przez Rumunię i Bułgarię. Poza tym w Polsce czekała na mnie dziewczyna. O 19:15 wsiadłem w pociąg na granicę Słowacką. Marzenia o Turcji, Syrii i Jordanii rozmyły się. W Słowacji spóźniłem się dosłownie minutę na ostatni pociąg. Do tego komary gryzły niemiłosiernie. Gdyby nie słowackie, dobre, tanie piwo bym się chyba całkiem załamał. Moja "wyprawa" trwała cztery dni.
No to do Portugalii
Długo w domu nie zabawiłem.

W tydzień po niechlubnym powrocie byłem już w trasie autostopem do Portugalii. Jechały w sumie cztery osoby : Grażyna, Bartek, mój brat Mateusz i ja. Mieliśmy się zmieniać "kto z kim". Na początku ja jechałem z Grażyną. Do granicy dojechaliśmy pociągiem, jeszcze razem. Na autostradę udało nam się złapać stopa w czwórkę. Później łapaliśmy na wjeździe, gdzie przejeżdżający samochód był rzadkością. Wyrwaliśmy się stamtąd po pół godziny łapania. Jechaliśmy BMW z gościem, który miał się za lepszego kierowcę od Michaela Schumachera. Nie omieszkał tego demonstrować wyciskając z auta ile fabryka dała, a dała sporo. Następny stop to człowiek, który też się trochę po świecie swego czasu włóczył. Opowiadał ciekawe historie o Indiach. Wieczorem dojechaliśmy w okolice Strasbourga. Kolejnego dnia bez większych przygód dotarliśmy w okolice Genewy. Po drodze są wspaniałe widoki na Alpy. Spaliśmy jeszcze po stronie francuskiej, jakieś 500 metrów od granicy. Sama Genewa nie zachwyciła nas swoim pięknem. Oprócz bijącej wysoko fontanny (foto) nic ciekawego tam nie ma. Są za to kłopoty z wydostaniem się. Na szczęście gdy się jedzie z dziewczyną, nie jest jeszcze tak najgorzej. Dwa stopy i byliśmy u celu naszego pierwszego spotkania z resztą wyprawy - Annecy.
Annecy

Zimne piwko niedaleko zamku, z widokiem na Alpy i jezioro to jest to co tygrysy lubią najbardziej. Czekanie na ekipę zajęło nam 2 dni, w ciągu których w końcu poprawiła się pogoda. Podczas wylegiwania się w parku okazało się, że rozwrzeszczana francuska dzieciarnia (chyba jakieś kolonie) nie je zbyt dużo. Dostaliśmy dwa kartony jedzenia, które im zostało. Wieczorami atmosfera w Annecy jest nie do opisania. Ogromne masy ludzi, z czego większość przyjeżdża na motorach, co 5 metrów jakieś występy, niesamowite zapachy z restauracji (tylko te ceny), wszędzie głośno, wszędzie ktoś gra. Byłem tam też w zeszłym roku, ale wtedy występowałem jako mim i nie czułem tego klimatu. Spaliśmy w parku/lesie na górze, niedaleko centrum. Nasze zeszłoroczne miejsce było zajęte przez Francuzów. Byli co najmniej dziwni, mieli pełno psów i czasami zachowywali się agresywnie, więc woleliśmy zejść im z drogi.
Annecy - Biarritz
Do Biarritz miałem jechać z Bartkiem. Wyjście na autostradę zajęło nam jakąś godzinę. Chcieliśmy ominąć Lyon (są tam straszne problemy z wydostaniem się) ale wszyscy jechali właśnie tam. Jednak, jak to zwykle bywa, jakoś się udało. Pierwszym stopem zrobiliśmy 400 km. Widoki przed Grenoble były przepiękne. Wieczorem byliśmy już w okolicach Carrcassone, więc zamiast pchać się dalej - pojechaliśmy pozwiedzać. Na Bartku miasto zrobiło duże wrażenie, na mnie mniejsze, bo je już widziałem. Te średniowieczne mury naprawdę potrafią zachwycić, zwłaszcza podczas zachodu słońca. Jednak nie ma tu takiej atmosfery jak w Annecy. Kupiliśmy sobie dwa kilo lodów w supermarkecie za 6 Franków (1 gałka w centrum kosztuje 8-10 Fr). Co to była za wyżerka. Potem piwko z widokiem na mury, gdzie spotkaliśmy polskich interrailowców i pogadaliśmy sobie. Spaliśmy w parku pod zamkiem. W nocy dołączyła parka Belgów, którzy poszli spać obok nas. Rano kawa z Belgami i na autostradę. Pod Toulusą staliśmy koło pięciu godzin i w końcu zdecydowaliśmy się jechać drogą lokalną. O zachodzie słońca byliśmy 50 km od Biarritz. Spaliśmy na polu kukurydzy, było trochę niewygodnie. Rano wystarczył nam jeden stop i byliśmy na miejscu. Dostaliśmy jeszcze kasetę Manu Chao, za którymi przepadają w kraju Basków i w Hiszpanii. Aż głupio było im mówić że nowa płyta jest kiepska. Mateusz i Grażyna już na nas czekali. Poszliśmy się kąpać na plaży, która jest rajem dla surfingowców. Przypływy i odpływy nad oceanem, dla nas przyzwyczajonych do morza, były niemałym zaskoczeniem. Trochę skakania przez fale, parę piw i jedziemy dalej. Tym razem do Santiago de Compostella w Hiszpanii.