W drodze do Santiago
Dwoma krótkimi stopami dotarliśmy do granicy francusko - hiszpańskiej. Stamtąd pojechaliśmy z młodymi Hiszpanami aż pod Bilbao. Na małej stacji benzynowej próbowaliśmy łapać parę godzin, ale nic z tego nie wyszło. Za to dostaliśmy sporo kotletów (nareszcie prawdziwe mięso!!) od Niemców, których spytałem czy by nas nie podwieźli. Spaliśmy obok Marokańczyków jadących całymi rodzinami do Afryki. Rano dostaliśmy się do centrum Bilbao. Słynny budynek muzeum nie zrobił na nas większego wrażenia. W ogóle miasto nie należy do najpiękniejszych. Na wylotówce złapaliśmy stopa do Torrelavega. Tam wypiliśmy w pubie kawę z ekspresu ciśnieniowego (oczywiście nie na nasz koszt) i ruszyliśmy dalej. Zostaliśmy zmuszeni do przejścia prawie całego Aviles. Miasto jest wyjątkowo brzydkie. Coś podobnego do Katowic - wszędzie jakieś huty i zakłady przemysłowe. Zabrał nas stamtąd kolejny już poznany w Hiszpanii wielbiciel Che Guevary i marihuany. Gościu w ogóle nie miał jechać tam gdzie my, ale się nad nami zlitował i podwiózł. Gdy wychodziliśmy z jego samochodu zaczynało się już ściemniać, ale postanowiliśmy jeszcze spróbować coś złapać. Nie postaliśmy nawet minuty, jak zatrzymało nam się czarne BMW: "Hi. Are you going in direction to Santiago? Yes, I'm going to Santiago." A do Santiago było jeszcze 300 km. Dojechaliśmy tam w niecałe 2 godziny.
Santiago de Compostella

Wreszcie dotarliśmy do miejsca, do którego pielgrzymują ludzie z całej Europy. Żeby przejść głównym szlakiem z Francji trzeba pokonać Pireneje i przebyć przeszło 600 km. O dziwo większość ludzi PRZYCHODZI do Santiago. Mimo, że jest wśród nich sporo ludzi starszych, nie są to stare dewotki jak w Częstochowie. Na głównym placu przed katedrą siedzą na ziemi setki ludzi, piją piwo, czasami wino i palą zielone. Atmosfera nie do opisania.
Pierwszą noc, na razie we dwójkę, spaliśmy w parku. Już mieliśmy się kłaść, jak przyszedł do nas facet z obsługi parku i powiedział że stąd to by nas policja wyrzuciła, ale on nas zaprowadzi w miejsce gdzie nic nam nie zrobią. Więc spaliśmy sobie w osłoniętym miejscu, pod zadaszeniem i na cudownie miękkiej trawie.
Wieczorem przyjechali Grażyna z Mateuszem. Zrobiliśmy sobie małą imprezę pod katedrą. Alkohol się lał strumieniami (w Hiszpanii nie jest drogo - 1l wina ok. 1,8 zł, litrowe piwo - 2zł). Wszystko wskazywało na to że będzie tu jakiś koncert - i był tyle że płatny. Usadowiliśmy się więc przed bramą i słuchaliśmy. Przyszedł jeden starszy Hiszpan, przytargał ze sobą śmietnik i stojąc na nim oglądał koncert. Pomógł nam też zrobić skręta, bo nam to coś nie wychodziło, tym bardziej, że nikt nie był trzeźwy. Tym razem poszliśmy spać na parkingu, niedaleko schroniska młodzieżowego.
Hiszpańskie wybrzeże Morza Śródziemnego w relacji Autostopem do Afryki
Środkowa Hiszpania i Kraj Basków w relacji Autostopem do Afryki
Portugalia
Rano piechotą na wyjazd w kierunku Portugalii i ruszamy dalej. Nie idzie nam z Bartkiem tym razem. Jakoś dostaliśmy się do granicy, a tam tragedia. Staliśmy 2 godziny i postanowiliśmy przejść pieszo do drogi krajowej. Szliśmy chyba 2 godziny, z plecakami ważącymi przeszło 20 kilo.

Gdy wreszcie udało nam się coś złapać robiło się już ciemno. Na szczęście złapaliśmy do samego Porto. Facet wysadził nas przy stacji kolejowej miasto dalej. Miał pewnie dobre zamiary, ale nas nie stać na pociąg. No więc uderzamy z buta, bo okolica niepewna i lepiej znaleźć ciekawsze miejsce do spania. W Porto błądziliśmy szukając jakiegoś parku, a było już grubo po północy. Nie znaleźliśmy niczego ciekawego, więc będziemy spali w krzakach w malutkim parku, zaraz obok głównej drogi. Ale jeszcze wcześniej trzeba coś zjeść, bo poprzednim naszym posiłkiem było śniadanie o 10 rano. Rano obudziłem się wyspany, gorzej z Bartkiem, bo on nie mógł spać. Grażyna i Mateusz już na nas czekali. Obejrzeliśmy ponoć słynną katedrę, a później poszliśmy zwiedzać o wiele ciekawsze piwnice porto. Dla tych którzy nie wiedzą - porto to wino z dodatkiem wysoko procentowego burbonu. Wejście kosztuje 500 escudos, ale jak ktoś zamierza kupić butelkę (jakieś 99% zwiedzających) to dostaje się 500 escudos zniżki za okazaniem biletu. Może panująca w winiarniach atmosfera, albo też upał na zewnątrz sprawiły, że porto pite na miejscu było lepsze niż to samo wypite w Polsce.
Droga do domu
Jako że zbliżał się powoli Przystanek Woodstock, a my byliśmy jeszcze w Portugalii postanowiliśmy wracać do Polski. Tym razem Bartek jedzie z Grażyną a ja z bratem. Wydostanie się z Portugalii nie było łatwe - 1,5 dnia zajęło nam pokonanie ok. 100 km . W ogóle Portugalia zrobiła na nas negatywne wrażenie. Najbardziej raziły slumsy w samym centrum Porto ( w sumie całe Porto to slumsy) i wszechobecne śmieci. Ludzie tam jest o wiele brudniej niż w Polsce, a wydawało by się to niemożliwe.
Do Hiszpanii dojechaliśmy z Portugalczykiem, który pracuje w Niemczech od 8 lat. Mimo to posługiwanie się niemieckim sprawiało mu poważne problemy. Zawiózł nas do La Corunii. Do Francji dojechaliśmy bez problemów. Tu mieliśmy duże szczęście, bo nigdy nie czekaliśmy długo i prawie zawsze łapaliśmy długie stopy. Rozbestwiliśmy się do tego stopnia, że jak ktoś jechał 50-100 km to po prostu się nie zabieraliśmy. Jadąc francuskim TIR-em zostaliśmy poczęstowani kuskus (to było chyba marokańskie tażine). Następny stop, już pod wieczór, to też TIR. Tym razem niemiecki. Gościu słuchał porządnego niemieckiego rocka, postawił nam obiad/kolację (a byliśmy już nażarci) i całą reklamówkę piw. Do tego opowiadał ciekawe historyjki i zawiózł nas za Frankfurt. Rano wystarczył jeden stop i już byliśmy u rodzinki w Dortmundzie. Wreszcie mogliśmy się porządnie wykąpać i odpocząć od zupek chińskich. Po 2 dniach spędzonych na balandze ruszyliśmy w dalszą drogę, tym razem pociągiem korzystając z WochenendeTicket. Jest to bilet na którym może jechać max. 5 osób dowolną trasą, ale pociągami osobowymi (kosztuje 40 DM). O dziwo okazało się, że w pociągach jest o wiele więcej Polaków niż Niemców. Większość wracała z pracy w Holandii. W Zgorzelcu była już całkiem spora grupka, chyba z 500 osób. Niestety na pociąg musieliśmy czekać ładnych parę godzin. Czas umilaliśmy sobie jedząc zupki chińskie w MacDonaldzie i popijając wódę z kubków po coli. Polskie pociągi to prawdziwy koszmar w porównaniu z niemieckimi. Do domu dojechaliśmy o wiele bardziej zmęczeni niż gdybyśmy mieli jechać stopem.